Rozdział 7.
Rozdział 6.
Rozdział 5.
Rozdział 4.
Rozdział 3.
Lydia uniosła brew bacznie obserwując nauczyciela. Odsunęła się od drzwi i wskazała na salon.
- Stiles jest w środku -ostrzegła z błyskiem w oku. Dornan kiwnął głową i wszedł stukając butami o posadzkę. Po drodze zostawił płaszcz i rozgościł się na skórzanej kanapie przy kominku.
Stilinski wstał jak oparzony i podbiegł do Lydii potykając się przy okazji o dywan.
- Co on tu robi? -szepnął jej do ucha, a ona tylko wzruszyła ramionami. Spojrzała na chłopaka i wydęła policzki. Zwróciła wzrok na nauczyciela i udała się w tę stronę. Christian drżącymi dłońmi podał Banshee plik kartek. Dziewczyna zmrużyła oczy i odebrała je od faceta. Zaczęła przeglądać tekst, a z każdą, przeczytaną kartką jej brwi unosiły się coraz wyżej.
Stiles skorzystał z okazji i usiadł na fotelu na przeciwko nauczyciela.
- A więc...skąd pan wiedział, że tu jesteśmy? -zaczął Stiles z nutką groźby w głosie.
Dornan pokręcił głową.
- Nie wiedziałem -wyszeptał opierając się o kanapę. Założył na nogę i splótł na nich dłonie.
Lydia jęknęła.
- Co? Co jest? -Stiles i Christian spojrzeli na nią wyczekująco.
Banshee uniosła głowę, a jej oczy pociemniały.
- Napisał to pan? To wszystko, tak? I nie ma pan pojęcia, co to wszystko oznacza.
- Mhm -mruknął w odpowiedzi.
Stiles syknął. Nie spuszczał wzroku z Martin. Lydia spojrzała na chłopaka i przechwyciła jego wzrok. Wzięła Stilinski'ego pod rękę i udali się do kuchni.
- On jest Kitsune, Stiles.
Chłopak wytrzeszczył szeroko oczy.
~*~
Kira niewidzącym wzrokiem oglądała łazienkę. Scott, z pomocą Douglasa, zaciągnęli ją do wanny i nalali odrobinę wody. Dziewczyna była w ubraniu. Zdjęli z niej tylko sweter, ułatwiając sobie ściąganie krwi z Kitsune. Scott trzymał dziewczynę za nadgarstki i szeptał słowa pocieszenia.
- Kira, zaraz poczujesz lekkie ukłucie. Uwolnimy Polemonium z twoich żył. Oddychaj głęboko.
Yukimura zdawała się rozumieć. Przyglądała się sufitowi i oddychała powoli. Douglas odwrócił się w ich stronę z pokaźną wielkości igłą. Uśmiechnął się smutno i wbił ją delikatnie w zgięciu ręki Kitsune. Zdało się słyszeć cichy syk. Stilinski pociągnął i strzykawka wypełniła się granatową cieczą.
- To wszystko to Polemonium? -zapytał cicho Scott.
Douglas pokiwał głową nie odwracając wzroku od igły. Wyjął ją powoli z ciała Kiry i odłożył na zlewie.
- Powinno być w porządku -pokiwał głową, jakby sam siebie upewniając. Rozejrzał się po łazience, ostatni raz obdarzył Kitsune spojrzeniem i wyszedł trzaskając drzwiami. Scott pokręcił głową z niesmakiem i wyjął dziewczynę z wanny. Z ciała zlatywały strużki wody, ale to był w tej chwili najmniejszy problem. Kira straciła przytomność.
~*~
McCall położył dziewczynę na kanapie w pokoju gościnnym na piętrze. Palcami odgarnął niesforne kosmyki włosów z jej twarzy i przyglądał jej się parę chwil. Była bezpieczna, nie ma już Polemonium, zemdlała z utraty krwi..., powtarzał sobie w duchu do znudzenia. Klękał przy kanapie ściskając jej dłoń.
- Wyciągnąłeś z niej Polemonium? -głos Dereka przebił się przez myśli Prawdziwego Alphy.
Scott pokiwał głową automatycznie odsuwając się od Kitsune.
- Dobrze. Inaczej zrobiłbym ci krzywdę -oznajmił dumnie i podszedł do omdlałej dziewczyny. Spojrzał na jej klatkę piersiową, która unosiła się i opadała powoli. Przeniósł wzrok na twarz. Rzęsy zatrzepotały. Scott'a prawie wbiło w stolik tuż za nim.
- Kira? -spytali równocześnie z Derekiem.
Kitsune powoli odchyliła powieki.
- Wszystko mnie boli...-wyszeptała zaciskając dłonie w pięści.
~*~
- To jest nauczyciel angielskiego, a nie Kitsune! -wysyczał Stiles gestykulując nerwowo. Lydia założyła ręce na piersi i wzruszyła ramionami prowokująco.
- Jest Niebiańskim i Grzmotnym Kitsune -dodała z uśmiechem, jakby denerwowanie Stilinski'ego sprawiało jej nadzwyczaj przyjemność.
Stiles uniósł jedną brew i stanął w tej samej pozycji, co Banshee.
- Wiesz co? Mam dość. Idę szukać Malii, radź sobie z tym -na ostatnim słowie postawił powietrzny cudzysłów"- sama. Wypisuję się.
Ruszył z miejsca, ale Lydia złapała go za łokieć. Jej oczy zalśniły złością.
- Co jej powiesz? Że mnie nie kochasz? Stiles, oboje wiemy, jaka jest prawda. Kup jej kwiatki i błagaj na kolanach jutro. Mamy ważniejsze sprawy.
- Ach tak?! Jakie?! Ty i twój kochaś?! MAM GO GŁĘBOKO W POWAŻANIU! RADŹ SOBIE SAMA, MARTIN! Cześć -wyszeptał na koniec prawie plując jadem.
Lydia osunęła się na kuchenny blat z szeroko otwartymi oczami.
- Stiles -zdążyła tylko powiedzieć, kiedy drzwi trzasnęły z niesamowitą mocą, jak na człowieka.
~*~
- Przepraszam Cię.. pana, za niego. Jest dziś w złym humorze- uśmiechnęła się zagryzając policzki od środka. Usiadła skrępowana przed nauczycielem. Mężczyzna napiął każdy mięsień w swoim ciele. - Nie mam pojęcia co tu robię. Chciałem jechać do Nowego Jorku, a znalazłem się tu- powiedział rozglądając się po salonie.- Jesteś bardzo mądrą osobą, dlatego spytam, czy coś z tego rozumiesz?- spytał wpatrując się w duże oczy dziewczyny.
Martin zacisnęła na nadgarstku swoją dłoń, po czym pokręciła przecząco głową.
- Niestety nie mogę panu pomóc. Wygląda mi to na jakieś informatyczne zapisy. Chyba pominął się pan z powołaniem- zaśmiała się nerwowo, lecz Dornanowi wcale nie było do śmiechu. Podświadomość mówiła mu, że dziewczyna go okłamuje. Przejrzał ją na wylot. Rzucił jej ostrzegawcze spojrzenie podnosząc się ze skórzanego fotela. Ruszył po swój płaszcz, czując jak wzbiera się w nim złość.
- W porządku. Wygłupiłem się- odpowiedział przekręcając klamkę drzwi wejściowych.
Lydia podeszła do niego i przyjrzała się mu dokładnie. Strzepała niewidzialny kurz ze swojej sukienki i ponownie przeniosła na niego wzrok.
- Nieprawda. Pewnie też bym nie wiedziała co z takim fantem zrobić- uśmiechnęła się pocieszycielko zaciągając się silnym zapachem jego perfum. Przymknęła na chwilę powieki, czując dziwny ucisk pod brzuchem. Potrząsnęła głową i uśmiechnęła się uroczo, widząc podejrzliwe spojrzenie starszego od niej o dziesięć lat Christiana Dornan'a.- To tylko mdłości. Męczą mnie od rana- naprostowała.
- Do zobaczenia, Lydio- podał jej lewą dłoń, gdyż prawą przytrzymywał swój szal. Wyszedł z domu, zostawiając w całym budynku woń silnych, męskich perfum.
Martin zatrzasnęła za nim drzwi, przekręciła dwa zamki i oparła się o najbliższą ścianę. Zacisnęła mocno usta, które chwilę potem zbladły i utworzyły wąską linię.
Przejrzał mnie, pomyślała uderzając delikatnie głową w białą i zimną powierzchnię.
Starszy o kilka minut Stillinski podszedł do niej. Nie podał jej ręki, nie pomógł wstać. Po prostu wpatrywał się w nią niczym kołek. Wyjął ręce z kieszeni, tylko po to, aby zdjąć z wieszaka swoją kurtkę. Założył ją i wyszedł bez słowa. Dziewczyna była lekko rozgoryczona jego zachowaniem. Nie wiedziała skąd wzięła się tak drastyczna zmiana w jego zachowaniu. Zresztą, nieważne. Nie to było jej prawdziwym zmartwieniem. Miała na głowie silnego Kitsune, zdecydowanie silniejszego od Kiry, czy też Nogitsune, którym był przez pewien czas Stiles. Był połączeniem dwóch rodzajów. Grzmotny należał do najsilniejszych, którym była Azjatka, ale Niebiański, Niebiański władał wszystkim. Potrafił zmieść wszystko z powierzchni ziemi i w jednej chwili ponownie doprowadzić do porządku. W połączeniu, były gorsze niż jakakolwiek broń, czy rasa Wilkołaka. Mieli do czynienia z czymś zupełnie innym od poprzednich przeciwników. Stokroć silniejszym.
Martin podniosła się z podłogi, czując, że nogi jej sztywnieją. Ruszyła do kuchni, by zaparzyć sobie uspokajające zioła. Wylała niedokończoną herbatę Stiles'a uważając, aby nie zbić cennej porcelany. Delikatnie wypolerowała filiżankę, odstawiając ją po to, aby wyschła. Chwyciła kolejną z kolekcji prastarych naczyń jej babci i nasypała do środka ziółek w kolorze różowym. Po domu rozniósł się nieprzyjemny zapach, niczym z chińskiej restauracji, Zalała wrzątkiem napar. Usiadła spięta na stołku przy blacie kuchennym i wzięła pierwszy łyk, rozkoszując się dość specyficznym smakiem. W tym samym czasie Derek wparował do salonu, a za nim Scott trzymając w ramionach Kirę otuloną kocem. Lydia uśmiechnęła się na ten widok. Zauważyła kilka kartek na podłodze, które należały do Dornan'a. Zmarszczyła czoło, zeskakując z siedzenia. Przykucnęła, aby zebrać papiery. Ponownie wróciła na swoje miejsce. Chwyciła uszko filiżanki, przyglądając się zapiskom nauczyciela. Musiały wypaść jej w momencie, gdy szła wraz ze Stiles'em do kuchni, gdyż tych kartek w pliku nie widziała. Zauważyła niepokojący fragment o śmierci potężnej kreatury, której kres nadszedł w 1709 roku. Nie miała pojęcia, skąd nauczyciel języka angielskiego w liceum miałby znać takie szczegóły, zwłaszcza na temat czegoś, o czym nie miał w ogóle pojęcia. Udało jej się również odszyfrować fragment, który dotyczył przemiany z człowieka w tą istotę.
"Jeśli osoba poległa w walce na skutek przebicia magicznym mieczem ONI, a cios został wymierzony w centralną część serca, ogromne jest prawdopodobieństwo tego, że osoba ta powróci po jakimś czasie do świata żywych jako druid, bądź inna, nieznana nam jeszcze kreatura".
Dziewczyna wzięła kolejny łyk, rzucając przelotne spojrzenie na leżącą na kolanach Scott'a Kirę i Derek'a, który otulał ją mocniej kocem. Powróciła do czytania.
"Ostatni taki wypadek odnotowano w czsach II Wojny Światowej, lecz nie mówi się o tym głośno. Ludzie nie są w stanie uwierzyć w istnienie czegoś innego niż oni sami"
Dźwięk dzwonka rozniósł się echem po domu.
- To pewnie pan Dornan, zostawił notatki- stwierdziła Lydia wskazując na pięć kartek.- Otworzysz?- skierowała pytanie do Derek'a, który niechętnie ruszył w kierunku drzwi. Przekręcił zamki oraz klamkę i pociągnął ciężkie drzwi, pozwalając by jesienne powietrze wkradło się do środka. W progu stała brunetka w ich wieku z włosami do ramion. Uśmiechała się promiennie.
- Allison- odparł Derek nie mogąc uwierzyć swoim oczom. Martin słysząc imię jej zmarłej kilka miesięcy temu przyjaciółki, upuściła filiżankę z wrzącym naparem, pozwalając, aby zalała potrzebne im informacje.
- Mogę wejść?- spytała dziewczyna odgarniając uroczo włosy za ucho wciąż się uśmiechając.
- Do zobaczenia, Lydio- podał jej lewą dłoń, gdyż prawą przytrzymywał swój szal. Wyszedł z domu, zostawiając w całym budynku woń silnych, męskich perfum.
Martin zatrzasnęła za nim drzwi, przekręciła dwa zamki i oparła się o najbliższą ścianę. Zacisnęła mocno usta, które chwilę potem zbladły i utworzyły wąską linię.
Przejrzał mnie, pomyślała uderzając delikatnie głową w białą i zimną powierzchnię.
Starszy o kilka minut Stillinski podszedł do niej. Nie podał jej ręki, nie pomógł wstać. Po prostu wpatrywał się w nią niczym kołek. Wyjął ręce z kieszeni, tylko po to, aby zdjąć z wieszaka swoją kurtkę. Założył ją i wyszedł bez słowa. Dziewczyna była lekko rozgoryczona jego zachowaniem. Nie wiedziała skąd wzięła się tak drastyczna zmiana w jego zachowaniu. Zresztą, nieważne. Nie to było jej prawdziwym zmartwieniem. Miała na głowie silnego Kitsune, zdecydowanie silniejszego od Kiry, czy też Nogitsune, którym był przez pewien czas Stiles. Był połączeniem dwóch rodzajów. Grzmotny należał do najsilniejszych, którym była Azjatka, ale Niebiański, Niebiański władał wszystkim. Potrafił zmieść wszystko z powierzchni ziemi i w jednej chwili ponownie doprowadzić do porządku. W połączeniu, były gorsze niż jakakolwiek broń, czy rasa Wilkołaka. Mieli do czynienia z czymś zupełnie innym od poprzednich przeciwników. Stokroć silniejszym.
Martin podniosła się z podłogi, czując, że nogi jej sztywnieją. Ruszyła do kuchni, by zaparzyć sobie uspokajające zioła. Wylała niedokończoną herbatę Stiles'a uważając, aby nie zbić cennej porcelany. Delikatnie wypolerowała filiżankę, odstawiając ją po to, aby wyschła. Chwyciła kolejną z kolekcji prastarych naczyń jej babci i nasypała do środka ziółek w kolorze różowym. Po domu rozniósł się nieprzyjemny zapach, niczym z chińskiej restauracji, Zalała wrzątkiem napar. Usiadła spięta na stołku przy blacie kuchennym i wzięła pierwszy łyk, rozkoszując się dość specyficznym smakiem. W tym samym czasie Derek wparował do salonu, a za nim Scott trzymając w ramionach Kirę otuloną kocem. Lydia uśmiechnęła się na ten widok. Zauważyła kilka kartek na podłodze, które należały do Dornan'a. Zmarszczyła czoło, zeskakując z siedzenia. Przykucnęła, aby zebrać papiery. Ponownie wróciła na swoje miejsce. Chwyciła uszko filiżanki, przyglądając się zapiskom nauczyciela. Musiały wypaść jej w momencie, gdy szła wraz ze Stiles'em do kuchni, gdyż tych kartek w pliku nie widziała. Zauważyła niepokojący fragment o śmierci potężnej kreatury, której kres nadszedł w 1709 roku. Nie miała pojęcia, skąd nauczyciel języka angielskiego w liceum miałby znać takie szczegóły, zwłaszcza na temat czegoś, o czym nie miał w ogóle pojęcia. Udało jej się również odszyfrować fragment, który dotyczył przemiany z człowieka w tą istotę.
"Jeśli osoba poległa w walce na skutek przebicia magicznym mieczem ONI, a cios został wymierzony w centralną część serca, ogromne jest prawdopodobieństwo tego, że osoba ta powróci po jakimś czasie do świata żywych jako druid, bądź inna, nieznana nam jeszcze kreatura".
Dziewczyna wzięła kolejny łyk, rzucając przelotne spojrzenie na leżącą na kolanach Scott'a Kirę i Derek'a, który otulał ją mocniej kocem. Powróciła do czytania.
"Ostatni taki wypadek odnotowano w czsach II Wojny Światowej, lecz nie mówi się o tym głośno. Ludzie nie są w stanie uwierzyć w istnienie czegoś innego niż oni sami"
Dźwięk dzwonka rozniósł się echem po domu.
- To pewnie pan Dornan, zostawił notatki- stwierdziła Lydia wskazując na pięć kartek.- Otworzysz?- skierowała pytanie do Derek'a, który niechętnie ruszył w kierunku drzwi. Przekręcił zamki oraz klamkę i pociągnął ciężkie drzwi, pozwalając by jesienne powietrze wkradło się do środka. W progu stała brunetka w ich wieku z włosami do ramion. Uśmiechała się promiennie.
- Allison- odparł Derek nie mogąc uwierzyć swoim oczom. Martin słysząc imię jej zmarłej kilka miesięcy temu przyjaciółki, upuściła filiżankę z wrzącym naparem, pozwalając, aby zalała potrzebne im informacje.
- Mogę wejść?- spytała dziewczyna odgarniając uroczo włosy za ucho wciąż się uśmiechając.
~*~~*~~*~~*~~*~~*~~*~~*~~*~~*~~*~~*~~*~~*~~*~~*~~*~~*~~*~~*~~*~~*~~*~~*~~*~~*~~*~~*~~*~~*~~*~~*~~*~~*~~*~~*~~*~~*~~*~~*~~*~~*~
Rozdział 6.
Kira leżała w salonie Alphy, ułożona niedbale. Włosy przykryły jej posiniaczoną twarz. Jej ubrania były porwane, poplamione krwią, ciemną mazią i Polemonium. Dziewczyna była wręcz przesączona wrogą substancją niszczącą powolnie każdego Lisa od środka. Zaschnięta krew zlepiła jej kruczoczarne włosy w strąki. Polemonium tak osłabiło ją, że nie była w stanie nawet otworzyć oczu. Klatka piersiowa praktycznie się nie unosiła, gdyż Lisica brała płytkie i krótkie oddechy.
McCall wparował do domu zostawiając Derek'a wraz ze Stiles'em przed domem. Rzucił przelotne spojrzenie na salon i ruszył do kuchni. Zatrzymał się, zmarszczył czoło i cofnął się spowrotem do centralnej części pokoju.
- Kira!- krzyknął podbiegając do dziewczyny, kucając obok niej.
Derek wraz ze Stiles'em wbiegli do środka jak na wezwanie. Podbiegli do chłopaka, który trzymał w ramionach szatynkę.
- Ale cuchnie- palnął Stiles.
Derek pacnął go w głowę z całej siły.
- Zawieźmy ją do Lidii. Ona najlepiej się nią zajmie.
~*~
Pokaźnej wielkości drzwi od domu Lydii otworzył Douglas mając rozpiętą koszulę. Scott zlustrował go wzrokiem unosząc jedną brew w górę.
- Zgaduję, że nie w porę...
Douglas spojrzał na chłopaka rozbawiony. Wskazał ręką salon. Sam zajął się zapinaniem czarnych guziczków i doprowadzaniem swoich włosów do porządku. Po kilku minutach zjawił się wyglądając nienagannie.
- Co was sprowadza?- spytał krzyżując ręce, jednocześnie napinając bicepsy.
Stiles wskazał na Kirę, której głowa oparta była o uda Scott'a.
Douglas zmarszczył czoło czując niepokój. Podrapał się lekko po brodzie.
- Musiała znieść tortury- stwierdził.- Gdzie ją znaleźliście?
Derek odchrząknął.
- Leżała w salonie u Scott'a.
- Tak po prostu leżała?- zdziwił się brunet.- Nie podoba mi się to. Zanieście ją do wanny. Musimy spuścić z niej trochę krwi, żeby oczyściła się z Polemonium. Czuję je z odległości kilku kilometrów- odburknął.- Lydia!- krzyknął chłopak. Nie słysząc odzewu ruszył na górę. Po niecałych trzech minutach zbiegł do nich.- Oni nie oddali Kiry tak po prostu. Lydia była kartą przetargową. Zabrali ją...- Douglas usiadł na fotelu, opierając łokcie o uda. Złapał się za głowę.- N..Nie mamy czasu. Ktoś musi z nią zostać.
- Ja mogę- zgłosił się Derek chwilę potem.
Scott zlustrował szatyna bacznie.
- Nie ma potrzeby. Ja z nią zostanę- odparł Scott.
- Żaden z was- przewrócił oczyma brunet.- Potrzebuję dwóch, silnych wilkołaków. Stiles, zostaniesz z nią.
- Pięknie...- burknął chłopak będąc jedyną w towarzystwie osobą bez zdolności nadprzyrodzonych. Wziął dziewczynę w ramiona i ruszył do łazienki, rzucając przyjaciołom nienawistne spojrzenie.
~*~
Douglas pędził uliczkami między domami. Nie słuchał uwag kolegów na temat prędkości z jaką się poruszali.
- Czy to nie Lydia i Malia?- zauważył Derek.
Brunet pośpiesznie zahamował sprawiając, że Scott omal nie wyleciał przez przednią szybę.
- Tak, to one- wyparował z samochodu podbiegając do dziewczyn.
Brunetka i rudowłosa uśmiechnęły się do chłopaka, będąc dość zaskoczone.
- Co jest?- spytała Lydia zajadając się bezglutenowym ciastkiem.
Chłopak przeczesał swoją grzywkę zdenerwowany.
- O nic nie pytaj. Wsiadajcie do samochodu- odparł aroganckim tonem. Kipiała z niego złość, ale jednocześnie w środku cieszył się, że dziewczynie nic nie jest. Trzasnął drzwiami wsiadając do pojazdu.
- Powiecie o co chodzi?- spytała w końcu Malia, przeczesując swoje długie, brąz fale.
- Oddali nam Kirę...
Lydia aż podskoczyła na miejscu.
- Czemu nie powiedzieliście nam wcześniej?! Jedźcie już!
Douglas zapalił silnik. W tym momencie dostał SMS'a od Stillinskiego.
Brat, mam problem. Kira się wybudziła i trochę... nie jest sobą.
Brunet odczytał wiadomość na głos.
- Nie jest sobą?- spytał Scott unosząc brwi.
- Wiedziałem, że zostawienie Stiles'a z Kirą to zły pomysł- stwierdził Derek nie odzywając się dotychczas.
Malia zlustrowała groźnie Wilkołaka siedzącego koło niej.
- No co?- prychnął cicho szatyn usiłując nie patrzeć w kierunku zdenerwowanej dziewczyny.- Pilnowałabyś swojego chłopaka, żeby nie uganiał się za innymi- odburknął, a w samochodzie zapanowała niezręczna cisza. Malia patrzyła na chłopaka niedowierzająco. Wszystkie spojrzenia skupiły się na niej, dlatego poczuła się dość nieswojo.
- Jedź już- wyszeptała do Douglas'a, który jedynie przytaknął głową ruszając.
- Nie chciałem...- powiedział szatyn, kierując słowa w ucho dziewczyny. Ona jedynie się wzdrygnęła czując powietrze wydobywające się z jego ust.
- Nie masz za co przepraszać...
~*~
Dornan siedział w sali lekcyjnej już od ponad godziny, próbując rozwiązać szyfr, który sam stworzył. Nie miał zielonego pojęcia jak to się znalazło na tablicy. Przez resztę lekcji jego uczniowie patrzyli na niego podejrzliwie. Potarł kciukami swoje zmęczone oczy. Zdecydował, że spróbuje jeszcze w domu. Zebrał kilkanaście kartek, które spiął spinaczem i włożył luzem do torby. Założył płaszcz, w którym wyglądał wręcz zabójczo. Przełożył skórzaną, czarną torbę przez ramię, owinął luźno szyję szalikiem i wyszedł ze szkoły posyłając młodszym nauczycielkom uśmiech. Jego ciężkie buty stukały o chodnik, kiedy kierował się do czarnego BMW. Zapalił silnik i z piskiem opon odjechał z parkingu, kierując się na autostradę.
~*~
Lydia, Scott, Malia, Douglas i Derek stali w salonie, w którym ponad godzinę temu zostawili Kirę ze Stiles'em. Cała piątka wpatrywała się w pomieszenie z szeroko otwartymi oczami. Sytuacja w jakiej zastali tą dwójkę była nie tyle co zabawna, lecz aż szokująca. Kira siedziała przywiązana do krzesła z ręcznikiem w buzi, a Stiles spokojnie pił czarną herbatę.
- O, cześć- pomachał do znajomych odstawiając filiżankę.
- Ostrożnie! To porcelana mojej babci!- wykrzyknęła Lydia sprawdzając czy dom jest w całości. Wszystko wyglądało w porządku, więc podeszła do japonki, której głowa opierała się o ramię, Martin dotknęła opuszkami palców poranionej twarzy Lisicy, a ta podniosła się razem z krzesłem, jak porażona piorunem. Nie była na tyle silna, by utrzymać się o własnych siłach na nogach, więc upadła jęcząc cicho. Lydia pomogła jej wstać.
- Ciii- zaczęła szeptać do przyjaciółki.- To ja, Lydia, spokojnie, jesteś w domu, z nami, bezpieczna- mówiła do dziewczyny przyjaznym tonem.
Japonka wpatrywała się dużymi, czarnymi oczami w dziewczynę stojącą przed nią. Zamrugała kilka razy, a z oczu wyleciały dwie łezki. Szarpnęła mocno, aby uwolnić się z węzłów, które zawiązał Stiles.
- Moment- szepnęła dziewczyna, rozcinając liny, które krępowały szatynkę. Wyjęła z jej ust ręcznik i przytuliła mocno Lisicę.
- Dlaczego to zrobiłeś?- spytał Scott marszcząc czoło. Podszedł do dziewczyn, po czym dotknął delikatnie dłoni Banshee, dając jej znak, że zajmie się nią.- Zabiorę ją pod prysznic- uśmiechnął się pociesznie.
- Pomogę Ci- dodał Douglas ruszając za chłopakiem. Mijając Lydię oznajmił jej, że muszą spuścić z niej trochę krwi. Rudowłosa zamrugała kilka razy czując obrzydzenie. Usiadła na blacie kuchennym, nie dbając już o wszelkie maniery.
Stiles podszedł do Malii, która wyglądała zaniepokojona przez okno. Wbijała długie paznokcie w swoją dłoń i nerwowo tupała prawą nogą o podłogę.
- Kochanie, co jest?- spytał kładąc dłoń na jej ramieniu. Dziewczyna automatycznie zrzuciła ją, nawet nie spoglądając na chłopaka.
- Kochasz ją...
- Chyba nie rozumiem.
- Kochasz Lydię. Wiem to. Jeśli tak nie jest, zaprzecz- przeniosła swój wzrok na wysokiego szatyna. Chłopak wpatrywał się w sufit nie wydając z siebie żadnego odgłosu.
- Przepraszam- powiedział po krótkiej chwili wzruszając ramionami.
- Myślę, że nie mamy już o czym rozmawiać- odparła kierując się w stronę wyjścia. Nie pożegnała się z przyjaciółmi, tylko wyszła na zewnątrz trzaskając drzwiami.
- Nie pytajcie- uprzedził Stillinski rzucając się na kanapę.
Po chwili w całym domu rozbrzmiał dźwięk dzwonka od drzwi. Lydia zeskoczyła zgrabnie z blatu, prostując w trakcie krótkiej drogi swoją sukienkę. Przekręciła kulkę w dębowych drzwiach i pociągnęła je w swoją stronę. Spodziewała się Malii, która opanowała już swoje buzujące emocje, lecz to nie ona gościła w progu jej domu. Dziewczyna nie ukrywała swojego zdziwienia.
- Em, pan Dornan? Co pan tu robi? Skąd pan wie, że tu mieszkam?- spytała zdezorientowana, a wszelkie głosy w salonie ucichły.
- Nie mam pojęcia co tu robię...
~*~~*~~*~~*~~*~~*~~*~~*~~*~~*~~*~~*~~*~~*~~*~~*~~*~~*~~*~~*~~*~~*~~*~~*~~*~~*~~*~~*~~*~~*~~*~~*~~*~~*~~*~~*~~*~~*~~*~~*~~*~~*~
Rozdział 5.
Kira była przerażona. Postura mężczyzny wskazywała, że nie ma żartów. Ani trochę. Do cholery, była Kitsune. Byla lisem z krwi i kości. Mogłaby ich wszystkich zabić. Chyba, że oni zrobiliby to samo. Prędzej. Z nią. Nie, nie ma sensu próbować. Jeśli chce jeszcze zobaczyć ludzi, których kocha...
Uniosła się na łokciach próbując złapać ostrość i w pewnym stopniu równowagę, gdyż strasznie kręciło jej się w głowie. Pokręciła głową.
- Kto?
Mężczyzna zrobił krok w jej kierunku.
- Wstawaj, bo inaczej się zabawimy- wyjął zza pleców broń, jaką posługiwali się Łowcy Wilkołaków. Z tym nie ma żartów. Dla lisów- śmiertelna. Każdy wie, że w walce między wilkiem a lisem, lis zawsze przegrywa. Toteż broń stworzona do zabijania wilków, jest totalnie śmiercionośna dla słabszych lisów.
Yukimura podniosła się ostrożnie podpierając ściany. Zrobiła krok do przodu. Zachwiała się i ponownie upadła. Jej nogi były jak z waty.
Mężczyzna prychnął. Podszedł do leżącej Kitsune i przełożył ją przez ramię, po czym wyniósł z ciemnej jaskini w jasną przestrzeń narażając ją na utratę wzroku.
~*~
Lydia bawiła się kluczami, nerwowo obracając je na palcach. Za chwilę kolejna lekcja z Dornan'em. Nie czuła się na siłach i nawet wizja lekcji z przystojnym nauczycielem nie poprawiała jej nastroju. Nie potrafiła im pomóc. Nie wiedziała, co dzieje się teraz z jej przyjaciółką. Czy nie robią jej krzywdy? Czy nie cierpi? Te myśli dobijały ją jeszcze bardziej. Modliła się, aby przerwa trwała jak najdłużej.
- Lydia- dobiegł ją cichy głos, a dziewczyna odwróciła się gwałtownie, gotowa do ataku.
- Douglas- odparła widząc przyjaciela i odetchnęła z ulgą. Pod jej oczami rysowały się ciemne cienie. Ręce drżały, a usta były koloru niewyraźnej czerwieni, gdyż dziewczyna zjadała co chwilę szminkę.
- Lydia- chłopak usiadł koło niej na drewnianej ławce przed szkołą.- Musisz odpocząć.
- Mam odpocząć?! Nie mogę zasnąć! Nie spałam od dwóch dni, mój organizm szaleje, a zmysły zawodzą. Widzę rzeczy, których nie powinnam- do oczu zebrały jej się łzy.- Nie potrafię się na niczym skupić. Nie wiem, jak mogę jej pomóc- Lydia uroniła jedną łzę. Chłopak przyciągnął ją do siebie i mocno przytulił, wydobywając z rękawa strzykawkę z przezroczystą substancją.
- Mam nadzieję, że nie będziesz miała mi tego za złe- wyszeptał jej do ucha, po czym z całej siły wbił jej igłę w plecy wpuszczając do jej organizmu substancję. Dziewczynę przeleciał dreszcz, po czym zamknęła oczy pogrążając się w głębokim śnie. Douglas wziął ją w ramiona, po czym zaniósł do samochodu. Sam zajął miejsce kierowcy i pojechał w kierunku jej domu. Po dziesięciu minutach wolnej jazdy, dotarł na ulicę otuloną dużą ilością drzew i domów. Wyjął ją z samochodu i zaniósł do jej sypialni. Zdjął z niej sukienkę, buty i rajstopy, po czym ułożył w łóżku.
- Śpij dobrze, księżniczko- szepnął, po czym cmoknął ją czule w czoło. Odwrócił się na pięcie i zamarł.
- Oczekiwałem was- odezwał się ktoś o grubym, niskim głosie.
- Ja Ciebie też- odparł Douglas, rozpoznając mężczyznę.
~*~
- Witam na dzisiejszych lekcjach- zaczął Dornan uważnie lustrując uczniów przybyłych na jego zajęcia. Zdziwił się ilością ludzi. Brakowało mu dwóch dość wyraźnych twarzy. Tak. Malia Hale i Stiles Stilinski. Zaniepokoiło go też nagłe zniknęcie Martin.- Em...-nauczyciel zreflektował się, kiedy zauważył, że klasa patrzy na niego podejrzliwie. Nagle przestał mówić- Zajmiemy się dziś wierszami. Tak, właśnie- podszedł do ogromnej tablicy i nabazgrał na niej niewyraźne wyrazy.
- Proszę pana?
- Słucham?
- Czemu napisał pan jakieś cyfry połączone z literami?
Dornan odwrócił się na pięcie do ucznia,
- O czym ty mówisz?- spytał marszcząc czoło.
Uczeń wskazał tablicę.
Mężczyzna odwrócił się i zamarł, lustrując pismo, którego sam nie rozumiał.
~*~
Potężny mężczyzna rzucił Kirę na podłogę z odległości jakiegoś metra. Dziewczyna odbiła się od podłogi i skrzywiła czując ból. Otworzyła oczy i momentalnie je zamknęła. Światło wręcz ją oślepiło. Ponowiła próbę jakieś trzy razy, aż w końcu nabrała ostrości. Ktoś mocno ją szarpnął za rękę, przez co oderwał ją o podłoża. Yukimurze ugięły się nogi, więc praktycznie stała "na łydkach". Uniosła lekko głowę i zaśmiała się gardłowo rozpoznając osobę, która chciała z nią rozmawiać.
- Tego się nie spodziewałam- skrzywiła się, nadal uśmiechając sarkastycznie. Mimo braku sił, wciąż używała sarkazmu i ironizowała niczym zbuntowany gimnazjalista.
- Tak czułam- odparła kobieta w obcisnym czarnym kombinezonie. Świetnie eksponował jej szerokie biodra.
- Och, Argent, co jak co, ale nadal będę Ciebie podziwiać za Twoją bujną wyobraźnię- prychnęła na widok blondynki.
- Zdążę Cię tego nauczyć. Trochę tu zostaniesz- tym razem zatriumfowała Argent, zmazując Kirze uśmieszek z twarzy.- Przywiążcie ją do krzesła. Zabawię się z nią odrobinkę.
~*~
Douglas odbił się od ściany, zostawiając w niej głębokie wgniecenie, a bladoróżowa farba skruszyła się i odpadła. Syknął czując promieniujący ból, rozlewający się niczym dawka kofeiny z porannej kawy. Spadł na podłogę, jednocześnie przemieniając się w zwierzę. W dziką bestię.
- Pożałujesz- burknął skacząc na napastnika. Pazurami przejechał po jego tętnicy, rozrywając ją. Krew rozprysnęła się na biały dywan, jak czerwone wino w specjalnym pokoju Lydii. Oczyścił pazury ze zdrapanej skóry i przemieścił się w okolice brzucha. Rozrywał mężczyznę z ogromną rozkoszą. Czuł podniecenie. Dotarł do jego organów. Przechylił głowę na bok. Aby upewnić się, że napastnik nie ma żadnych szans na przetrwanie, złapał dwiema łapami jego głowę po bokach i wyrwał ją. Rzucił na zmasakrowane ciało.
- Douglas- szepnęła przerażona dziewczyna, która wybudziła się przez niezwykły hałas, jaki zrobił mężczyzna, czując ogromny ból.
~*~
Oddech numer trzy. Kira powoli zaczęła wątpić, iż może oddychać. Argent od piętnastu minut trzymała jej w plecach pokaźnej wielkości miecz nasączony Polemonium. Zaciskała dłoń na rękojeści i ani nie myślała się ruszać. Substancja powoli zaczęła wyżerać Kitsune wnętrzności. Głosy dochodziły do niej ze zdwojoną mocą. Kiedy spojrzała w górę z niespotykaną łatwością, pomimo ostrego bólu, facet, który ją tu przyniósł, spoglądał na nią krzywo, z odrazą. Jakby była dzikim zwierzęciem w klatce.
- Dość. Nie mamy pewności, czy to ona -gładki głos Kate pozwolił Kirze na małe zwycięstwo. Uśmiechnęła się w duchu, kiedy obce ciało opuściło jej własne. Nadal czuła skutki ostrza, ale wiedziała, że zagoi się to w nie więcej niż trzy minuty. Spocone włosy opadły jej na czoło. Przez skrępowane nadgarstki nie mogła ich poprawić, więc zaczęła nieudolnie na nie dmuchać.
- Nieporadna, mała Kitsune -westchnęła Argent zabierając jej włosy z twarzy prawie matczynym ruchem.
- Łapska z daleka -warknęła dziewczyna szeptem.
Kate właśnie miała zrobić coś, czego żałowałaby do końca życia. Szef nie może dostać ich martwych. Nie, jeśli w grę wchodziły pieniądze... i potężne moce. Powstrzymał ją jeden z rosjaninów. Wszedł właśnie do pokoju z małym pendrive'm w dłoni. Jego ciężkie buty waliły po posadzce, a Kirze rozsadzały czaszkę.
- Właśnie dotarły do nas zdjęcia jednego z naszych szpiegów -pracownik podał Argent pendrive'a.
Ta szybkim ruchem odebrała go od rosjanina i ruszyła do prowizorycznego stanowiska z laptopem na stoliku. Odpaliła sprzęt i szybko otworzyła zawartość wiadomości.
- Douglas -wyszeptała Kira jak modlitwę, podczas gdy Kate szybko przenosiła wzrok z jednego zdjęcia na drugie. Chwilę potem niebezpiecznie powoli odwróciła go ku Yukimurze. Dziewczyna przestraszona nagłym światłem przymrużyła oczy. Zajęło jej chwilę zanim poznała twarz Douglas'a. Rozpromieniony siedział na kanapie w szarych dresach w dłoni trzymając czerwony napój w kieliszku. Nic nie wskazywało, żeby się przejmował. Wyraz twarzy miał wyjątkowo beztroski. Kira poczuła ucisk w żołądku. Odwróciła wzrok i przymknęła powieki odganiając łzy. Nigdy nie była z chłopakiem blisko, ale oczekiwała czegoś innego...
- Pokażcie jej drugie zdjęcie -warkot wydobywający się z gardła Łowczyni wybudził Kirę natychmiastowo. Otworzyła oczy i skierowała wzrok na ekran monitora.
Ciało. Rozszarpane na kawałki. Mnóstwo krwi. Głowa odłączona od ciała w pewien znany sposób.
- Hybryda zdołała wybić już dwóch naszych. Chyba czas, żebym zajęła się tym sama, co ty na to Lisico? -zwróciła się w stronę Kiry.
Dziewczyna tylko westchnęła, a jej głowa opadła bezwładnie. Zemdlała.
Siedziała chwilę w milczeniu wyraźne coś sobie uświadamiając.
- Będzie ich więcej. Przyjdą po nas, wiesz? A ja nic z tym nie zrobię. Zabiorą nas. Zabiorą i zabiją.
- Nie musisz. Ja zrobię. Nikt nic wam się nie stanie-pewnym głosem odpowiedział.
- Kira jest, cholera, porwana! -wrzasnęła i osunęła się w ramiona chłopaka. Poczuła piekący ból w plecach. Rozrywający.
- Lydia -przestrach w głosie Douglas'a był wręcz namacalny. Trzymał dziewczynę w mocnym uścisku.
- Zrobili jej krzywdę -wysapała mu do ucha- Polemonium.
- Pokażcie jej drugie zdjęcie -warkot wydobywający się z gardła Łowczyni wybudził Kirę natychmiastowo. Otworzyła oczy i skierowała wzrok na ekran monitora.
Ciało. Rozszarpane na kawałki. Mnóstwo krwi. Głowa odłączona od ciała w pewien znany sposób.
- Hybryda zdołała wybić już dwóch naszych. Chyba czas, żebym zajęła się tym sama, co ty na to Lisico? -zwróciła się w stronę Kiry.
Dziewczyna tylko westchnęła, a jej głowa opadła bezwładnie. Zemdlała.
~*~
Malia złapała się za nadgarstek i powoli wysunęła pazury.
- Albo pojedziemy jej poszukać...-wycharczała cicho, ale z mocą-...albo wbiję sobie pazury w aortę. Tego nie przeżyję nawet ja.
Stiles nerwowo przeczesał dłonią włosy. Cały był napięty, a ręce drżały z nerwów. Wypuścił powietrze z ust i przełknął ślinę.
- Posłuchaj, skarbie, gdybym tylko wiedział, gdzie szukać to byłbym pierwszą osobą, która zgłosiłaby się do poszukiwań.
- Ale nie wiesz -burknęła chowając pazury i szczękając na chłopaka zębami. Oparła się o szafę i skrzyżowała dłonie na piersi. Za duża koszulą zahaczyła o jedną z szafeczek. Wyciągnęła ją, a przy tym otworzyła skarbnicę T-shirtów Stilinskiego. Miała zamiar natychmiastowo ją zamknąć, ale róg kartki, wystający z dna, przyciągnął jej uwagę. Wyciągnęła niezidentyfikowany przedmiot niepostrzeżenie i zamarła. Kartki to były tak naprawdę zdjęcia. Kadry z życia Lydii Martin. Na większości nie jest świadoma, że ktoś robi jej zdjęcie. Na kilku uśmiecha się słodko.
- Stiles? -dziewczyna zrezygnowanym tonem spytała wysuwając mu przed nosem zdjęcia.
- Emmm, Malia, to nie tak...To było dawno, Lydia i ja...byliśmy blisko, nie zdążyłem tego wyrzucić, zupełnie zapomniałem -zaczął bełkotać zabierając jej dowody. Porwał je na strzępki w zastraszającym tempie, po czym wrzucił je do buzi i zaczął przeżuwać.
- Blisko? -warknęła Wilczyca- Jak blisko?
- Oh...-westchnął i pacnął się w głowę niezwykle mocno połykając resztę "zdjęć"- Nie tak blisko. Byliśmy najlepszymi przyjaciółmi.
- Gdybym nie była zdenerwowana Kirą, zerwałabym z tobą.
- Dobrze wiedzieć -zaśmiał się nerwowo.
~*~
- Douglas -powtórzyła przerażona.
Chłopak przymknął oczy opanowując wściekłość. Wrócił do ludzkiej postaci kilka sekund po tym, jak Lydia z przerażeniem w oczach wołała jego imię. Nadal kucał nad zmasakrowanym ciałem. Potrząsnął głową i wstał. Podszedł do łóżka i złapał dłoń Banshee. Nie odtrąciła jej.
- Nic ci nie jest? -spytali równocześnie. Douglas uśmiechnął się kojąco.
- Masz krew na twarzy -oznajmiła Lydia lekarskim tonem.
- To nic.
- Wbiłeś mi strzykawkę prosto w plecy.
- Jestem tego świadom -uśmiechnął się uroczo.
- Dupek -wysyczała.Siedziała chwilę w milczeniu wyraźne coś sobie uświadamiając.
- Będzie ich więcej. Przyjdą po nas, wiesz? A ja nic z tym nie zrobię. Zabiorą nas. Zabiorą i zabiją.
- Nie musisz. Ja zrobię. Nikt nic wam się nie stanie-pewnym głosem odpowiedział.
- Kira jest, cholera, porwana! -wrzasnęła i osunęła się w ramiona chłopaka. Poczuła piekący ból w plecach. Rozrywający.
- Lydia -przestrach w głosie Douglas'a był wręcz namacalny. Trzymał dziewczynę w mocnym uścisku.
- Zrobili jej krzywdę -wysapała mu do ucha- Polemonium.
~*~
Kira obudziła się w tym samym pomieszczeniu. Poznała małe okienko, jedyne źródło światło, które pomagało jej określić porę dnia. Ciemno. Księżyc. Pierwsza faza. Odetchnęła z ulgą. Odwróciła się i zobaczyła rozwiązane pęta. Zmrużyła powieki nieufnie. Może jeśli się ruszy to spadnie na nią coś ciężkiego? Odchyliła głowę do tyłu i poczuła pulsujący ból. Nic nad nią nie wisiało.
- Hmmm, co jest? - westchnęła oglądając się naokoło.
- Wypuszczamy cię, Lisico. Mamy kogoś na zastępstwo -głos jednego z Łowców przyprawił ją o gęsią skórkę.
- Kogo? -spytała, a głos mimowolnie jej się załamał.
- Tę małą Banshee -uśmiechnął się złowrogo i wbił jej w udo sztylet nasączony Polemonium- Obudzisz się już u swoich przyjaciół. Do zobaczenia, Lisico.
Kira jeszcze przez chwilę walczyła z uczuciem ciepła i bólu rozlewającym się po ciele. Poruszyła jedynie dłonią i niemo krzyczała: "Proszę", cokolwiek to znaczyło. Po krótkiej walce zamknęła oczy, a błogość otoczyła ją niczym mgła. Ból zniknął.
~*~~*~~*~~*~~*~~*~~*~~*~~*~~*~~*~~*~~*~~*~~*~~*~~*~~*~~*~~*~~*~~*~~*~~*~~*~~*~~*~~*~~*~~*~~*~~*~~*~~*~~*~~*~~*~~*~~*~~*~~*~~*~
~*~~*~~*~~*~~*~~*~~*~~*~~*~~*~~*~~*~~*~~*~~*~~*~~*~~*~~*~~*~~*~~*~~*~~*~~*~~*~~*~~*~~*~~*~~*~~*~~*~~*~~*~~*~~*~~*~~*~~*~~*~~*~
Rozdział 4.
Derek przewrócił teatralnie oczyma. Pokiwał niedowierzająco głowę i prychnął.
- Nie mam zamiaru powtarzać drugi raz tej akcji- podrapał się po czubku nosa, po czym ruszył ku drzwiom wyjściowym.
Martin bacznie go obserwowała.
- Dokąd idziesz? W naszej sytuacji, chodzenie samemu jest niebezpieczne.
- Powiedziała dziewczyna, która wyczuwa nadchodzącą śmierć. Czujesz coś? Hm? Nie sądzę- mruknął otwierając drzwi. Automatycznie jego ciało przeszyła strzała. Ominęła serce o kilka milimetrów.
- Cholera- wybełkotał, po czym padł równo na ziemię.
~*~
Kira szeroko otworzyła oczy i razem ze Scott'em podbiegła do rannego Dereka. Rana powiększała się, a krew dosłownie wypływała litrami. Yukimura dotknęła ramienia Wilkołaka przymykając powieki. Tysiące woltów rozlało się po jego ciele. Prąd wstrząsnął jego ciałem.
- To nie działa -wysapała Kira opadając z sił, Derek nawet się nie ruszył- To było Palemonium, jestem....-odchrząknęła cicho- pewna.
Douglas klęknął przy Dereku ze znudzoną miną i dotknął jego ramienia, jak poprzedniczka. Mała mgła skupiła się tuż przy ranie, a potem znikła. Razem ze strzałą. Tym razem odwrócił się do Kiry i złapał ją delikatnie za brzuch. Jego palce ledwie muskały materiał jej bluzki. Zamknął oczy, a na ich oczach Kira odzyskała wszystkie siły witalne.
Lydia wydęła usta i zamrugała parę razy. Ominęła zbiegowisko i wyjrzała za drzwi, przy okazji krzyżując dłonie na piersi. Ciemność nie pozwoliła jej za wiele zauważyć, więc zmrużyła oczy. Skupiła się na małej, białej plamce na wprost drzwi. Powoli się wyostrzała i przybliżała. To był człowiek. Był skupiony na jednym, kluczowym punkcie w mieszkaniu. Douglas i Kira. Martin pisnęła przerażona, ale nie poczuła nic, co mogłoby oznaczać, że stanie im się krzywda. Chwilę potem mrugnęła, a postać zniknęła.
- ...tylko hybrydy? -usłyszała wyrwane z kontekstu pytanie Kiry.
Douglas niepewnie pokiwał głową z powrotem stając na nogi. Ręce schował w kieszenie i oparł się o najbliższy fotel. Twarz miał zarumienioną od ciepła odchodzącego od kominka.
- Myślałem, że nikt nie potrafi wyleczyć postrzelonych Palemonium -Scott w zastanowieniu maszerował po korytarzu.
Martin właśnie trzasnęła drzwiami i oddychając niespokojnie zabarykadowała je swoim, własnym ciałem. Jak gdyby miało to powstrzymać profesjonalnych zabójców.
- Odkryłem to przed chwilą, kiedy uleczyłem Kirę -Douglas skierował swój wzrok na przestraszoną Banshee- Lydia? Coś się stało?
Stiles nagle się ożywił.
- Wiesz, jak ma na imię? Dwa punkty dla ciebie, bracie -warknął nieprzyjaźnie.
- Przestań, Stiles -ostrzegła go Kira kucając nad Derekiem. Chłopak nadal był blady i wycieńczony.
Lydia wypuściła powietrze z ust i "zjechała" po drzwiach na podłogę.
- Jakiś człowiek nas obserwował. To on wycelował w Dereka -oznajmiła.
- Wiecie co, to się robi chore -odezwał się Hale wstając z posadzki- Najpierw ten dom na pustkowiu, a teraz ta strzała. To nie są jakieś niedoświadczone stada wilkołaków.
- Ani Nogitsune -dodał Scott.
- Hej, hej, hej! Nogitsune był gorszy! -odparł Stiles wyraźnie niezadowolony. Skrzyżował dłonie na piersi i zrobił oburzoną minę- Mówisz tak, bo nie siedział w twoim mózgu!
- Przestańcie! -wydarła się Kira.
Derek momentalnie się odsunął.
- Oni chcą zabrać Douglasa, bo on potrafi nas uleczyć. Chcą go zabrać, ale nie żeby go zabić. Potrzebują go. A my im tylko zawadzamy -odezwała się ponownie Banshee.
- To znaczy... -zaczęła Malia niepewnie.
- ...że dopóki żyje Douglas to żyjemy i my? -dokończyła Kira.
- Mniej więcej.
~*~
- Już tydzień czekamy, aż ktoś wyskoczy zza okna i nas zastrzeli! Zaczynacie świrować -oskarżyła ich głośno Malia.
Kira własnie zatrzasnęła szafkę. Przyszła wziąć swój strój na trening lacrosse'a. Czuła, że się spóźni, jeśli wda się w kłótnię z Wilczycą.
- Słuchaj, to są środki ostrożności -uśmiechnęła się krzywo i ruszyła do szatni. Malia szła zaraz za nią.
- Czuję się jak policjant! Cały czas łazimy z Douglas'em albo Derek'iem.
- Bo Derek jest najbardziej narażony na to wszystko. A Douglas trzyma nas przy życiu. Powinnaś być bardziej wyrozumiała -westchnęła Kira przystając przed niebieskimi drzwiami ze srebrną tabliczką "Damska szatnia".
- Nie będę, dopóki nie odpuścicie -warknęła, a jej oczy zaświeciły na rażący niebieski.
Kira otworzyła szeroko oczy i rozejrzała się po korytarzu. Nikogo nie było.
- Uspokój się. Oczy ci się świecą. Idę na trening, porozmawiamy później -odpowiedziała matczynym tonem.
- Dobrze! -warknęła cicho w odpowiedzi i ruszyła do sali od angielskiego.
~*~
Yukimura właśnie zakładała kask, kiedy drzwi od szatni uchyliły się delikatnie. Niby nic strasznego, ale wszelkie środki ostrożności były wskazane. Wyjrzała zza kratek, w których trzyma się wszelaki sprzęt i odetchnęła z ulgą. To była tylko jej wyobraźnia. Powolnym krokiem skierowała się na pole do lacrosse'a. Z uśmiechem na twarzy przeszła przez 1/4 korytarza, gdy ktoś stanął jej na drodze. Obiła się o niego i zatoczyła do tyłu.
Kira musiała wysoko unieść głowę, żeby zobaczyć, kto się do niej zwraca.
Wysoki, barczysty mężczyzna z długą szramą na policzku. Łysy. Wyglądał na około 45 lat. Uśmiechał się przerażająco.
- To damska szatnia -mruknęła Kira zaciskając pieści. Cała ta sytuacja wydawała się jej wyjątkowo podejrzana.
- Tak, wiem. Widziałem pokaźnych rozmiarów tabliczkę na drzwiach.
- Zgubił się pan? -jej głos był chłodny.
- Absolutnie nie. Mam już to, co chciałem -uśmiechnął się szeroko i podszedł bliżej do Kitsune. Dziewczyna szybko zamachnęła się na niego i uderzyła pokaźną dawką prądu. Facet lekko zatoczył się do tyłu.
- Ty, suko! -warknął i rzucił małym sztyletem wprost w jej udo. Kira zdążyła tylko krzyknąć: Scott, po czym upadła w ramiona wynajętego zabójcy.
~*~
-Dzień dobry -Lydia zajęła miejsce w pierwszej ławce. Dziś odbywały się jej pierwsze zajęcia indywidualne z Christianem Dornanem. Nauczyciel już czekał z niecierpliwą miną i egzemplarzem Romeo i Julii w dłoni.
- Dzień dobry, Lydio -Dornan ponownie zaakcentował jej imię w ten zabójczy sposób. Martin tylko przewróciła oczyma- Nie przedłużając...chciałbym dziś z tobą podyskutować o światowym dramacie.
- Romeo i Julia? Naprawdę? -westchnęła niepocieszona. Wydęła usta i położyła głowę na dłonie.
- Coś nie tak? -nauczyciel z zainteresowaniem spojrzał na uczennicę.
- Wie pan, nie chcę być niegrzeczna ani wyjść na pustą nastolatkę, ale Romeo i Julia to najgorszy klasyk w historii dramatów -orzekła z grobową miną- Oh, nie. Julia rzekomo umarła, też się zabiję, czemu nie? A kiedy Romeo umiera, a Julia się budzi, to zamiast żyć w żałobie, jak normalni ludzie, ona też się zabija.
- Czyli nie widzisz poświęcenia w działaniu obu kochanków? -Christian uśmiechnął się delikatnie. Był widocznie rozbawiony.
- Widzę brak racjonalnego myślenia. Kto zabiera sobie życie dla takiego powodu?
- Zakochani. Ty nie jesteś zakochana, Lydio?
Jego pytanie zabrzmiało bardzo personalnie. Banshee przez sekundę widziała obraz Douglasa, ale szybko go od siebie odrzuciła.
- Nie. Chłopcy są wyjątkowo emocjonalni i mało wykształceni. Potrzebuję kogoś równie inteligentnego jak ja.
- A Douglas Stilinski? Widzę, że ty i on spędzacie ostatnio dużo czasu -zauważył szybko nauczyciel.
Lydia otworzyła szeroko oczy.
- Jesteśmy przyjaciółmi. Przyjaciele spędzają dużo czasu razem. Możemy się skupić na powieści? -spytała drażliwym tonem.
- Obawiam się, że skończył nam się czas -z uśmiechem stwierdził Dornan słysząc dzwonek.
Martin szybko zabrała z ławki zeszyt i wybiegła z klasy bez pożegnania.
~*~
- Nie pojawiła się na treningu -oznajmił Derek przejętym tonem.
- Hej, tylko nie płacz -mruknął Douglas- Może nie miała ochoty wczoraj się tam wybrać?
- Nie odbiera telefonów. Jej rodzice mówią, że nie wróciła na noc do domu. Mam prawo się denerwować! -wykrzyknął Wilkołak do słuchawki telefonu.
- Lydia poczułaby, gdyby stała się jej krzywda -głos chwilowo mu się załamał- Po prostu się uspokój. Znajdziemy ją. Spotkajmy się wszyscy w domku nad jeziorem. Za dwie godziny. Dzwoń po Scott'a i Malię. Ja powiadomię Stiles'a i Lydię.
- Zgoda -Derek się rozłączył.
~*~
Malia nerwowo stukała butami o posadzkę chodząc w tę i z powrotem po salonie.
- Mogłabyś...chociaż na sekundę usiąść, proszę? -Lydia warknęła w stronę przyjaciółki.
- A tobie co? -odburknęła w odpowiedzi Malia, ale w ostateczności zajęła miejsce na białym, skórzanym fotelu tuż przy kominku. Wieczorami robiło się chłodno, więc Lydia zawsze rozpalała w kominku. Stiles oparł się o fotel, w którym właśnie usadowiła się Wilczyca.
- Nie zabili jej. Nie zabili jej, prawda? -spytał chłopak prawie się dusząc. Derek nerwowo spoglądał na Banshee oczekując odpowiedzi równie mocno, co Stiles. Lydia chwilę zwlekała.
- Nie -zagryzła delikatnie dolną wargę- Próbują znaleźć kogoś. Nie wiem, kogo. Nie widziałam tego. Nic nie zrobią Kirze, dopóki nie będą pewnie, że to ona. Trzymają ją gdzieś. Jest bezpieczna.
Derek opadł na kanapę i odetchnął z ulgą.
- Jak to "kogoś"? -spytał Scott łapiąc się za kark- Musimy być pewni.
- Nie wiem. Nie jestem maszyną. Tylko tyle zdołałam zauważyć -głos Banshee się załamał, a ona sama prawie zalała się spazmami łez. Douglas pokręcił głową z dezaprobatą i podszedł do dziewczyny. Głaskał ją po ramieniu i cicho szeptał słowa otuchy.
- Zrobiłaś, co mogłaś. Jesteśmy wdzięczni.
Malia pokiwała głową energicznie.
- Tak, Douglas ma rację. Wiemy więcej niż trzy minuty temu!
- Ale co teraz? -spytał Derek chowając głowę między kolana.
Martin spojrzała na wszystkich zaszklonymi oczami.
- Idźcie do domu. Ja posłucham gramofonu.
~*~
Stiles i Malia wyszli jako pierwsi dyskutując głośno. Było ich słychać jeszcze chwilę zanim odjechali z piskiem opon. Chyba chodziło o Szeryfa. Potem wyszedł Derek ze spuszczoną głową. Był bardzo przybity zniknięciem Kiry. Na tyle, że nie pytał ani o pożar, o którym wspominali parę razy tego dnia ani o tajemnicze Nogitsune.
- Mogę tu zostać? -spytał nagle Douglas podnosząc się z kanapy.
Lydia spojrzała na niego niepewnie.
- Nie będę rozrabiać. Obiecuję -uniósł dłonie na znak pokoju- Chcę tylko, żebyś nie siedziała sama w tamtym pokoju. Z resztą, mój tata jest w domu, a chciałbym uniknął przykrych rozmów.
Banshee wzruszyła ramionami.
- Okej, tylko weź ze sobą poduszkę, bo nie ma tam żadnych mebli poza stolikiem, na którym umieszczony jest gramofon.
- Tak jest, szefie -zasalutował i wziął z kanapy białą poduszkę z wyhaftowanym "Lydia" na środku.
~*~
- Powinnaś odpocząć. Dochodzi druga -Stilinski odezwał się pierwszy raz od kilku godzin. Posłusznie siedział na poduszce przyglądając się, jak Lydia co jakiś czas przesuwa korbkę i spogląda w stronę gramofonu.
- Oni...-głos Martin był zachrypnięty-...chcą znaleźć kogoś bliskiego. Kogoś tak bliskiego, że strata prawdopodobnie doprowadziłaby cię do szaleństwa. Ten człowiek, który pojawił się wtedy przed domkiem...pomyślał, że jesteście blisko z Kirą, dlatego ją zabrał.
Odwróciła się w stronę Douglas'a i spojrzała w jego oczy. Malowało się w nich przerażenie.
- Czyli oddadzą nam Kirę, jeśli zorientują się, że nie jest mi bliska? -spytał niepewnie.
Lydia uniosła ramiona w górę.
- Nie wiem -zasłoniła usta dłonią, żeby się nie rozpłakać- Myślę, że musimy podstawić najsilniejszą osobę z naszej grupy, żeby to ją zabrali. Wtedy odzyskamy Kirę. Czuję, że zrobią jej coś złego. Niedługo. Musisz udawać, że cię to nie obchodzi. Może się uda -potok z jej ust wylewał się coraz szybciej.
- Już dobrze. Idź odpocząć. Pomyślimy o tym później. Zaprowadzę cię do sypialni.
Hybrid wstał z podłogi, wziął w rękę poduszkę, a pod ramię złapał Lydię.
- Będzie dobrze -uśmiechnął się pokrzepiająco. Lydia odwzajemniła uśmiech, chociaż nic na to nie wskazywało. Czuła, że będzie tylko gorzej.
~*~
Derek walnął pięścią w przypadkową szafkę.
- Jeśli nie dają jej pić? Minęły dwa dni, niedługo umrze! -wybuchnął.
Scott stał oparty o swoją szafkę i nasłuchiwał żaleń Wilkołaka. Skrzyżował ręce i przymknął oczy próbując się skupić na czymś innym niż słowa Derek'a, które w żadnym stopniu nie pomagały w odnalezieniu Kitsune.
- Dramatyzujesz. Kira to nie jest bezbronne dziecko. Jednym dotknięciem poraziłaby Cię śmiertelnie prądem, albo przecięła Kataną na pół. Nie rozumiem, dlaczego się tak przejąłeś?- uniósł brwi unosząc delikatnie kąciki ust.
- Sugerujesz coś?
- Informuję, że Kira jest moją byłą- mruknął.- Ale nadal jesteśmy blisko...
- Dupek- burknął Derek wychodząc ze szkoły.
- Do usług- wykrzyknął rozbawiony Alpha, choć wcale nie był wesoły. Ktoś z jego Stada może umrzeć.
~*~
Yukimura obudziła się w ciemnym pomieszczeniu. Na pierwszy rzut oka- piwnica. Dziewczyna trzęsła się z zimna. Po chwili dotarł do niej sygnał informujący o nożu, który wciąż tkwił w jej nodze. Dotknęła delikatnie rany i syknęła czując promieniujący ból. Moment, ona wcale nie była w piwnicy. Leżała oparta, owszem, ale nie o ścianę jakiegoś budynku, bardziej przypominało to ruiny. Czuła, że w ostateczności i tak musi wyjąć ciało obce tkwiące w niej. Objęła dłońmi nóż, policzyła w głowie do trzech i gwałtownie wyciągnęła nóż. Wrzasnęła, a jej głos obijał się o mury, powodując kilkusekundowe echo. Dość przerażające echo. Jej oddech stał się płytki i szybki, kiedy poczuła jak ciepła maź wydostaje się spod jej dłoni.
- Muszę.. się zregenerować...-szepnęła zaczynając bić pięścią w mur. Ostry ból- on wywoływał u niej nadnaturalne umiejętności. Czuła, że łamie sobie powoli kości palców, ale to wcale nie pomagało. Chwyciła nóż, po czym zacisnęła na nim dłoń. Krew wylała się gwałtownie, a brązowe oczy dziewczyny, zmieniły się w jasnozielony. Rany zagoiły się z mgnieniu oka. Dziewczyna przymknęła oczy głośno oddychając. Wrociła do postaci zwykłej nastolatki. Nagle pomieszczenie, czy też nie, wypełniło się wręcz raniącym oczy światłem.
- Wstawaj. Ktoś chce z tobą rozmawiać- dziewczyna zobaczyła jedynie cień masywnego mężczyzny o grubym głosie.
~*~~*~~*~~*~~*~~*~~*~~*~~*~~*~~*~~*~~*~~*~~*~~*~~*~~*~~*~~*~~*~~*~~*~~*~~*~~*~~*~~*~~*~~*~~*~~*~~*~~*~~*~~*~~*~~*~~*~~*~~*~~*~
Rozdział 3.
Scott gwałtownie się zatrzymał. Przyjrzał się napastnikowi i dziewczynie, którą zaatakował.
- Zostaw ją- rozkazał, będąc odrobinę zdziwionym, że nie zaatakował Kiry.
Właśnie, gdzie Kira? Nie, to nie był czas na zastanawianie się, gdzie ona może być.
- Powtarzam, zostaw... Jak się nazywasz?
- Amelia- wybełkotała przerażona blondynka.
- Zostaw Amelię.
Zamaskowany mężczyzna zaśmiał się pod nosem. Zrobił jeden posuwisty ruch dłonią, a dziewczyna upadła krwawiąc. Policzył na głos do 5, a z blondynki pozostało jedynie ciało.
- Ona nie wiedziała, gdzie jest Douglas. To ostrzeżenie. Ostatnie- mężczyzna ruszył przed siebie, znikając za rogiem.
Derek podbiegł do dziewczyny, mimo że wiedział, że już nie ma sensu nic robić.
- A więc teraz będą ginąć ludzie, którzy są niewinni?- Malia usiadła pod ścianą, kładąc głowę na podkulonych kolanach.
- Dlaczego nie zaatakował kogoś z nas? Przecież tu chodzi o nas. Znaczy, o Douglas'a, ale jesteśmy jego najbliższymi znajomymi- stwierdził Scott opierając się o ścianę. Włożył dłonie do kieszeni spodni i przymknął oczy.
Derek podniósł się z podłogi i wyjrzał za okno.
- Widział ktoś dziś Douglas'a?
- Nie.
- Nie.
- A Kirę?
- Cholera! Ta dziewczyna miała jedynie odwrócić naszą uwagę!- krzyknął Scott biegnąc w kierunku szatni. Malia i Derek zrobili to samo.
~*~
Dornan rozsiadł się wygodnie na biurku.
- A teraz tak szczerze, któreś z was, wierzy w te bajeczki o nadprzyrodzonych istotach?
Martin chrząknęła niezadowolona.
- Chciałabyś coś powiedzieć, Lydio?- sposób, w jaki wypowiedział jej imię, mógłby powalić na kolana. Z charakterystycznym, angielskim akcentem, przedłużył literę "y", przez co jej imię wydało się tak niezwykłe.
Lydia przechyliła głowę na bok, zaciskając wiśniowe usta.
- Ależ, jest pan pewien, panie Dornan- dziewczyna wymówiła jego nazwisko równie specyficznie.- że to są "bajeczki"? W końcu, w każdej plotce jest ziarenko prawdy.
Dornan zmarszczył brwi zaintrygowany. Uśmiechnął się pod nosem i pokiwał głową tak, jakby nie mógł uwierzyć, że ktoś mu się sprzeciwił.
- Podoba mi się twój tok myślenia. W końcu, w literaturze wszystko jest możliwe, lecz nie należy mylić fikcji z rzeczywistością, aczkolwiek, dałaś mi powód do głębszych zastanowień. Gratuluję, Martin. Punktujesz u mnie.
Lydia uśmiechnęła się szeroko unosząc jednocześnie wysoko brwi.
~*~
Stillinski obudził się. Podniósł się na łokciach i przetarł swoje oczy. Mrugał przez jakąś minutę, aby zyskać ostrość. Zmarszczył czoło spoglądając na zegarek.
- Znowu się spóźniłem...- burknął tonem ganiącym samego siebie. Westchnął głęboko. Upewnił się, że Szeryfa nie ma w domu. Zszedł powolnie do kuchni. Przygotował sobie kawę. Dziś nie miał zamiaru pojawić się w szkole, której szczerze nienawidził. Udał się do łazienki, uprzednio zaglądając do pokoju młodszego o kilka minut brata- Stiles'a. Uchylił szufladkę w jego szafce nocnej. Wyjął ze środka jakieś dziesięć fotografii Lydii Martin. Prychnął na ten widok.
- Dlaczego Stiles, dlaczego ty jesteś taką rasową ciotą?- mruknął pod nosem chowając zdjęcia. Rozejrzał się po pokoju, który, o dziwo, lśnił czystością. Wzruszył jedynie ramionami, po czym udał się do łazienki, aby wykonać podstawowe czynności z rana. Ubrany w jasnoniebieską koszulę, obcisłe jeansy i biało-czarne Jordany zszedł po schodach poprawiając swoją idealnie ułożoną grzywkę. Ustał w centralnej części salonu. Rozejrzał się, praktycznie nie ruszając. Czuł, że ma towarzystwo.
~*~
Derek, Scott i Malia wparowali do męskiej szatni, w której pachniało zatęchłym potem. Dziewczynę zemdliło, dlatego zakryła nos dłonią.
- Kira!- krzyknął Derek biegnąc między szafkami.
Scott pobiegł do części z prysznicami.
- Mam ją!- krzyknęła Malia przerażona.
Scott i Derek dotarli w niecałe dwie sekundy do dziewczyny i zatrzymali się wpatrując się w szatynkę. Kira krwawiła z wargi. Miała przymknięte oczy i widać było, że jest na wpół przytomna. Ale to nic! Dziewczyna była przywiązana, za nadgarstki, grubymi sznurami do jednej z rur ciągnących się przy suficie, a że była niewielkich rozmiarów, to wręcz wisiała w powietrzu, gdyż jej stopy nie dotykały podłoża.
Scott zaczął ją odwiązywać, podczas gdy Derek objął ją w pasie, aby nie upadła, kiedy już chłopak ją uwolni. Zdjęli z niej krępujące ją sznury i ułożyli na podłodze. Jej głowa była podparta nogami Malii. Brunetka usiadła "na łydkach", aby służyć, jako poduszka dla przyjaciółki. Odgarneła z jej twarzy zakrwawione, czarne kosmyki włosów.
- To dziwne- zaczął Scott.- Powinna się zacząć regenerować. Kitsune są w tym mistrzami. Potrafią uleczyć się w kilka sekund.
- Wiesz, Kira wspominała, że ma z tym drobny problem. U niej regenerację wywołuje naprawdę silny ból. Nieznośny dla zwykłego Wilkołaka- odpowiedziała Malia.- Nie będziemy jej teraz robić krzywdy, tylko po to, żeby rana w wardze i na nadgarstkach się zagoiła szybciej. Przynieście mi coś, czym mogę jej to oczyścić i zakryć.
Derek podbiegł pod zniszczone drzwi, dzięki którym wychodzi się na boisko. Zbił łokciem szybkę. Wyjął apteczkę, którą potem podał Malii. Dziewczyna z ogromną precyzją opatrzyła rany przyjaciółki.
- Co za łotr bije kobietę, jeszcze w twarz- prychnęła w trakcie oczyszczania z dziwnej substancji wargi Kitsune.
- Co to jest?- Alpha zmarszczył czoło oglądając ciało obce wydobywające się wraz z krwią.
- Na moje oko, to jest... szkło- stwierdził Derek równie zdziwiony.
- Co szkło robiłoby tak głęboko w wardze?
Derek uniósł brwi zastanawiając się chwilę. Skrzyżował ręce.
- A co robi szkło w narkotykach? Ma za zadanie pocharatać nam wszystko, aby narkotyk szybciej dostał się do krwi. Więc, może tu było coś na tej zasadzie. Może coś jej podali, co dzieki szkle, szybciej dostało się do organizmu, dlatego ona nie może się teraz zregenerować- odparł Derek wpatrując się w ranę.
- Ale co działa źle na Lisy?
- Polemonium...- stwierdził Derek.
~*~
- Panno Martin, proszę na chwilę -mruknął cicho Dornan, kiedy większość uczniów opuściła klasę. Lydia właśnie spakowała do torby podręcznik i już miała wychodzić. Zatrzymała się w połowie i otworzyła szeroko oczy. Podeszła powoli do biurka nauczyciela i spojrzała w jego przenikliwie niebieskie oczy. Siedział jednym pośladkiem na biurku, w dłoni trzymał stos papierów. Lydia nerwowo przekładała w dłoniach telefon, czując jak wyślizguje się jej on spod palców.
- Chyba nie jest pan zły za to, co powiedziałam na lekcji? -spytała niepewnie spoglądając na niego spod fali długich, czarnych rzęs.
Nauczyciel zaśmiał się gardłowo przekładając kolejne kartki.
- Nie, skądże. Lubię uczniów, którzy mają coś ciekawego do powiedzenia -pokiwał głową, jak gdyby sam potwierdzał swoje słowa- Chcę, żebyś uczestniczyła na zajęcia indywidualne. Marnujesz się w tej klasie. Za każdym razem, kiedy dyskutujemy na jakiś temat, widzę, że odpowiedzi innych uczniów nie satysfakcjonują cię na tyle, żeby zainteresować się lekcją.
Banshee pokiwała lekko głową.
- Tak, czasami.
- Świetnie, to znaczy tak?
Lydia przekręciła głowę w bok i przegryzła wargę niepewnie.
- Tak. Do widzenia, panie Dornan -ruszyła w stronę drzwi anielskim krokiem.
- Do widzenia -odparł nauczyciel wpatrując się w odchodzącą sylwetkę uczennicy. Jego oczy zaświeciły na żółto.
~*~
Douglas błyskawicznie przemienił się w Wilka i skoczył na niezapowiedzianego gościa. Facet był zamaskowany, a w dłoni trzymał specjalny sprzęt na Wilkołaki. Mountain ash wymieszany z proszkiem, który w kilka sekund powalał ludzi na ziemię. Mała dawka była niegroźna. Dziesięć gram więcej -śmiertelna. Był na to przygotowany.
- Kto cię wysłał? -warknął Stilinski kłapiąc nieprzyjacielowi przy uchu- Chyba, że chcesz porozmawiać inaczej.
- Mój pan jest silniejszy niż wy wszyscy. Zgładzi was. I Ciebie, hybrydo też -wysyczał cicho blady jak ściana. Rzucił broń kilka centymetrów dalej i gdyby nie łapa Wilka już dawno, by się do niej dobrał.
- Czułem, że nic mi nie powiesz - Douglas westchnął niepocieszony i rozerwał mu gardło bez głębszego zastanowienia.
~*~
Martin właśnie zmierzała w stronę domu Stilinskich. Po raz trzeci zawracała w tę i z powrotem. Zaczynały ją boleć nogi, szpilki na takie "wycieczki" nigdy nie wydawały się dobrym pomysłem. Przecież Douglasa z pewnością tam nie ma. A jeśli jest to i tak nigdy nie była z nim sam na sam i z pewnością nie przekona go do rozmowy. Powinna zadzwonić do Stiles'a, to w końcu jego brat. Właśnie miała wyjąć telefon, gdy nagle poczuła jak ktoś ściska jej buzię i trzyma w mocnym uścisku. Zaczęła się nieudolnie wyrywać, przy okazji robiąc sobie wiele zadrapań.
- To ja, głupia -znajomy głos przyprawił ją o mdłości. Douglas powoli ją puścił i pozwolił oddychać świeżym powietrzem. Zachłysnęła się i szybko wróciła do normalnej pozycji. Otrzepała się z niewidzialnego kurzu i spojrzała na przyjaciela z irytacją.
- Nazwij mnie głupią jeszcze raz to pojedziemy do mnie i pokażę ci wszystkie moje nagrody matematyczne -burknęła krzyżując ręce na piersi.
Chłopak zaśmiał się cicho, a jego oczy rozświetliły się nieco. Oparł się o drzwi jej niebieskiego BMW i zlustrował ją powoli.
- Gdzie byłeś? Martwimy się. Nic nam nie wytłumaczyłeś -oskarżycielskim tonem powiedziała.
- Byłem na dachu. Stiles jest tak ciapowaty, że nawet nie przyszło mu do głowy, że mogę być w zasięgu jego wzroku -pokręcił głową z uśmiechem- Słuchaj, to nie jest tak, że ja wiem o, co chodzi. Jacyś ludzie. Prawdopodobnie wynajęci rosjanie, próbują mnie złapać i za wszelką cenę zabrać do ich "szefa" -przy ostatnim słowie postawił niewidzialny cudzysłów- Są dobrze wyszkoleni. Mają mountain ash, co trochę mnie przeraża. A no i parę broni na Kitsune i Banshee.
Lydia obudziła się na dźwięk słowa "banshee".
- Na mnie nie ma broni. Jestem prawie człowiekiem -odparła obronnym tonem.
- Tak jak my wszyscy. Prawie to za mało -mrugnął porozumiewawczo odsuwając się od samochodu.
- Co zamierasz z tym zrobić? -spytała prędko, odwracając wzrok.
Douglas uśmiechnął się przerażająco.
- Pozabijać ich wszystkich, zanim zrobią to samo z nami.
~*~
Kira powoli dochodziła do siebie, pomimo dużej ilości polemonium w żyłach. Derek nie mylił się, co do tego. Kitsune cały czas krwawiła. Niedużo, ale to wskazywało na to, że ci ludzie są w posiadaniu takiej broni. A to nie wróżyło nic dobrego. Lydia dołączyła do całej reszty kilka godzin po spotkaniu z Douglasem. Pomimo tego, że zaręczył, iż spotka się z nimi później do tej pory nawet nie raczył jej powiadomić. Wszyscy siedzieli teraz w domku nad jeziorem, w którego posiadaniu była Lydia.
Na kanapie leżała nieprzytomna Kira cały czas jęcząc z bólu. Banshee i Wilczyca cały czas sprawowały nad nią pieczę.
- Wygląda mi to na łowców. Takich jak tych meksykanów, co zamienili Dereka -oświadczył Stiles kręcąc na palcu czerwoną nitkę, która miała za zadanie oznaczał rzeczy, których jeszcze nie rozumieją. Czuł, że będzie jej potrzebować. Na wpół leżał na wygodnym fotelu spoglądając w płomienie kominka.
- Łowcy z Rosji, fanastycznie. A co jeśli nie? Co jeśli są gorsi? -spytała Malia z przestrachem przykładając do wargi Kiry woreczek z kostkami lodu.
Scott rzucił piłeczką tenisową w jedną ze ścian i złapał ją z powrotem. Ciało miał napięte, a mózg powoli nie wytrzymywał presji. Czuł się źle z tym, że pozwolił zrobić Kirze krzywdę. Zawsze był dla nich "wilkołaczym ojcem", a tym razem zawiódł.
- Nie wiemy, kim są. Wiemy tylko, że są zaznajomieni z tematem i że potrafią zrobić niezłe zamieszanie. Na razie nic poważnego się nie stało.
Derek mistrzowsko przekręcił oczami.
- Poczekaj. Wszyscy wylądujemy w szpitalu z poparzeniami trzeciego stopnia, a ty i tak powiesz, że mogliśmy mieć raka? Co to za logika? Jest źle i będzie gorzej, jeśli się nie dowiemy kim są i czego chcą.
W pokoju nastała cisza i tylko ciche skwierczenie w kominku wskazywało na to, że ktokolwiek jest w tym domu. Kira ponownie jęknęła, a Lydia zaczęła cicho nucić jej francuską kołysankę. Usiadła obok kanapy i zaczęła bujać się w rytm piosenki.
Brak jakichkolwiek znaków, poszlak i głównego zagrożonego sprawiały, że wszyscy czuli się na tyle bezsilni, że żaden z nich nie miał nic sensownego do powiedzenia.
- Powiedzieć wam kawał? -mruknął Scott ponownie rzucając piłeczkę.
Mocny podmuch wiatru owiał ich nagle. Drzwi były uchylone na całą szerokość. Nikt się nie odezwał.
- Bez żartów, McCall.
Douglas oparty o framugę spoglądał po domku wyjątkowo zafascynowany. Spojrzał na swojego brata z ogromną niechęcią, potem na Scotta, który zastygł w pół słowa. Przeniósł wzrok na Malię i Lydię, które spoglądały na niego w skupieniu, a potem długo przyglądał się Kirze. Podszedł powoli do kanapy i dotknął czoła przyjaciółki. Kitsune zachłysnęła się nagle powietrzem i jak oparzona ogniem wyprostowała się.
- Co się stało? -spytała przerażona oglądając się na wszystkich.
Nikt oprócz Dereka na nią nie spojrzał. Wzrok każdego skierowany był na Douglasa. A on tylko stał z głupkowatym uśmiechem przyklejonym do twarzy. Yukimura zmrużyła oczy.
- Coś mnie ominęło?
W pokoju nastała cisza i tylko ciche skwierczenie w kominku wskazywało na to, że ktokolwiek jest w tym domu. Kira ponownie jęknęła, a Lydia zaczęła cicho nucić jej francuską kołysankę. Usiadła obok kanapy i zaczęła bujać się w rytm piosenki.
Brak jakichkolwiek znaków, poszlak i głównego zagrożonego sprawiały, że wszyscy czuli się na tyle bezsilni, że żaden z nich nie miał nic sensownego do powiedzenia.
- Powiedzieć wam kawał? -mruknął Scott ponownie rzucając piłeczkę.
Mocny podmuch wiatru owiał ich nagle. Drzwi były uchylone na całą szerokość. Nikt się nie odezwał.
- Bez żartów, McCall.
Douglas oparty o framugę spoglądał po domku wyjątkowo zafascynowany. Spojrzał na swojego brata z ogromną niechęcią, potem na Scotta, który zastygł w pół słowa. Przeniósł wzrok na Malię i Lydię, które spoglądały na niego w skupieniu, a potem długo przyglądał się Kirze. Podszedł powoli do kanapy i dotknął czoła przyjaciółki. Kitsune zachłysnęła się nagle powietrzem i jak oparzona ogniem wyprostowała się.
- Co się stało? -spytała przerażona oglądając się na wszystkich.
Nikt oprócz Dereka na nią nie spojrzał. Wzrok każdego skierowany był na Douglasa. A on tylko stał z głupkowatym uśmiechem przyklejonym do twarzy. Yukimura zmrużyła oczy.
- Coś mnie ominęło?
~*~~*~~*~~*~~*~~*~~*~~*~~*~~*~~*~~*~~*~~*~~*~~*~~*~~*~~*~~*~~*~~*~~*~~*~~*~~*~~*~~*~~*~~*~~*~~*~~*~~*~~*~~*~~*~~*~~*~~*~~*~~*~
Rozdział 2.
O cholera. Wszyscy stali jak zaczarowani spoglądając na zmoczoną sylwetkę Douglasa. Jego postura wyraźnie wskazywała, że jest wściekły. Jak cholera.
- Co tu robicie? -mówił spokojnym głosem, ale zaciśnięte pięści wskazywały na coś innego.
- Ja osobiście nadal nie wiem -mruknął Derek zmęczonym głosem.
Starszy z braci Stilinskich powoli zbliżał się do przyjaciół. Lydia stanęła przed nimi cały czas dygocząc z zimna. Nie miała na sobie nic poza letnią sukienką i baletkami.
- To nie tak. Nie chcemy cię kontrolować ani nic w tym stylu, przysięgam -uniosła dłonie do góry w geście poddania.
- Spytałem -warknął- co tu robicie. Odpowiedz mi.
Scott pojawił się nagle przed Lydią i zakrył ją całym ciałem. Chwilę potem pojawiła się Kira ściskając Katanę, aż zbielały jej kostki, a na końcu Malia i Derek. Stiles złapał Lydię błyskawicznie, widząc jak traci kontrolę nad nogami.
- Już dobrze -wyszeptał zabierając jej zmoczone włosy z twarzy.
- O co tu chodzi, Douglas? -spytał Scott cicho.
Żyła na jego szyi niebezpiecznie pulsowała. Powoli z jego paznokci wysuwały się pazury. Jeszcze chwila i się na niego rzuci.
- Bardzo dużo ryzykujemy zabierając tu Lydię i Dereka. Ty, jako jeden z nielicznych, doskonale to rozumiesz. Spójrz na nich. Derek ledwo rozumie połowę, bez urazy stary -odwrócił się do przyjaciela i grzecznie skinął głową. Hale pokiwał głową. -Lydia trzyma się na nogach, tylko dlatego, że musi.
- To nie wasza sprawa. Nie musieliście tutaj przyjeżdżać. Nic się nie dzieje -odburknął odrobinę się uspokajając.
Tym razem odezwała się Kira.
- Dopóki chodzi o ciebie to owszem nasza. Jesteśmy w tym razem i jeśli dzieje się tu coś związanego...-chwilę się zastanawiała szukając odpowiedniego słowa- z naszym światem to musimy to wiedzieć. Czy tego chcemy czy nie.
- Tak, to prawda. Mam inne zajęcia i z pewnością moknięcie na deszczu to nie szczyt moich marzeń -dodała Malia.
Douglas odwrócił się nerwowo w stronę drogi i spojrzał na nich wszystkich błagalnym wzrokiem.
- Pogadamy później. Przysięgam. Wszystko wytłumaczę. Tylko już jedzcie. Szybko.
- Nie mamy paliwa -zarekomendował brat.
Lydia lekko uniosła się przy pomocy Stilesa i spojrzała na Scotta z przestrachem.
- Jadą tu -wyszeptała- Jadą tu.
Powtórzyła to jeszcze trzy razy i upadła na ziemię.
~*~
Kira i Malia rzuciły się do pomocy Lydii podczas, gdy chłopaki dyskutowali, o czym mówiła Banshee. Douglas milczał.
- Miała na myśli policję? -spytał Derek spoglądając na Prawdziwego Alphę.
- Nie wiem. Nie wiem, co miała na myśli. To Banshee. Mogła mieć na myśli wszystko -odparł przeskakując z nogi na nogę- Cholera, Douglas, co tu się dzieje?!
Jego oczy zaświeciły tak mocno, że spokojnie mogłyby oświetlić drogę na kilka kilometrów.
- Nie wiem. Dostałem ten adres i szczegółowe dane każdego z was. Napisano mi, że jeśli nie stawię się tu o 1:32 zabiją każdego z osobna. Nie uważasz, że to trochę zbyt sprytne, jak na zwykłych rabusiów? -wyszeptał tak, żeby tylko ich grupka mogła to usłyszeć.
- Która godzina? -Stiles z przerażeniem spojrzał na telefon- 1:28. Obudźcie Lydię, do cholery! -wrzasnął na dziewczyny.
- Hej, czy ja na ciebie krzyczę, kiedy uciekasz przed pajączkiem? -mruknęła Malia podnosząc ledwo przytomną Lydię.
Derek parsknął cicho śmiechem.
- Powiecie, o co chodzi? Jesteście bladzi jak ściany -spytała Kira oddając Banshee w ręce Malii i zacisnęła dłoń na rękojeści Katany.
- Ktoś chce nas zabić -wyszeptał Douglas.
- A to mi nowość -prychnęła Kitsune.
~*~
1:38
- Twoi kumple się trochę spóźniają -stwierdził Stiles opierając się o fundamenty domu. Wyschnął na tyle wystarczająco, że krople wody nie spływały mu po czole jak pot.
- Są tu. Są cały czas -Martin odezwała się pierwszy raz od dziesięciu minut.
- Co? -wykrzyczeli wszyscy na raz.
- Są w domu. Patrzą na nas. Nie trzeba być Banshee, żeby to zauważyć -odparła mimochodem.
Stiles zerknął w kierunku okazałego budynku. Ze zdziwieniem spojrzał na truskawkowowłosą przyjaciółkę. Uniósł wysoko brwi przyglądając jej się uważnie.
- Na moje oko, nikogo tam nie ma- odparł krzyżując ręce.
Lydia wypuściła z siebie głośno powietrze, kładąc efektownie ręce na biodrach. Ruszyła powolnym krokiem do niego.
- W takim razie, musisz mi wierzyć na słowo- wyszeptała dźwięcznie.- Douglas- odwróciła się na pięcie poszukując go wzrokiem.- Gdzie on, do cholery, jest?!
Malia obejrzała się za siebie.
- Zniknął.
- Generalnie, to jestem zażenowana- zaczęła Malia idąc równo ze Scott'em i Stiles'em.
- Nadal nie rozumiem czemu- odpowiedział Scott otwierając jej drzwi.
- Derek jest moim wujkiem. ON NAWET NIE WIE, ŻE JESTEŚMY SPOKREWNIENI.
- Nadal nie rozumiem w czym problem...
- To chyba dobrze, że nie wie. Nie będzie chciał się tobą..opiekować- wtrącił się Stiles.
- Żartujesz, nie? Derek sprzed dwóch miesięcy miał mnie głęboko w poważaniu. Derek młodszy o jakieś.. 10 lat, interesowałby się?
Scott głęboko westchnął.
- Wiesz, ten Derek nie pamięta o tym, że jego rodzina zginęła w pożarze i, że zabił swoją "wielką miłość".
- C..Co?!- dobiegł ich głos Derek'a stojącego za nimi.
- Świetnie- mruknęli jednocześnie.
Stiles zerknął w kierunku okazałego budynku. Ze zdziwieniem spojrzał na truskawkowowłosą przyjaciółkę. Uniósł wysoko brwi przyglądając jej się uważnie.
- Na moje oko, nikogo tam nie ma- odparł krzyżując ręce.
Lydia wypuściła z siebie głośno powietrze, kładąc efektownie ręce na biodrach. Ruszyła powolnym krokiem do niego.
- W takim razie, musisz mi wierzyć na słowo- wyszeptała dźwięcznie.- Douglas- odwróciła się na pięcie poszukując go wzrokiem.- Gdzie on, do cholery, jest?!
Malia obejrzała się za siebie.
- Zniknął.
~*~
- Pięknie- stwierdziła Lydia zatrzaskując niebieską szafkę.- Po prostu pięknie- dziewczyna ruszyła przed siebie, zgrabnie idąc na wysokich beżowych koturnach od Calvin'a Klein'a, które były świetnym wykończeniem do beżowej sukienki przed kolana. Wyglądała naprawdę nieziemsko. Za nią wybiegła Kira, ubrana w czarne obcisłe rurki, Roshe Run'y i rozciągniętą bluzę.
- Och, dziewczyno. Spałaś w tym?- spytała Lydia lustrując przyjaciółkę.
- Nie miałam czasu, żeby jakoś sensownie się ubrać- odparła zażenowana.
- Dziś po szkole przejrzę twoje ubrania. Nie możesz chodzić...tak- powiedziała ponownie ją lustrując.
- Rozmawiałaś z Douglas'em?
Lydia zatrzymała się zaciskając usta do czerwoności, mimo że były pokryte pokaźną ilością wiśniowej szminki. W policzkach utworzyły jej się urocze dołeczki. Spojrzała na Azjatkę.
- Znasz odpowiedź- stwierdziła kierując się do sali języka angielskiego.
- To widzimy się później!- wykrzyknęła Kira, stojąc na środku korytarza i niepewnie machając dziewczynie na pożegnanie. Odwróciła się na pięcie i ustała lekko wystraszona.
- Cześć.
~*~
- Generalnie, to jestem zażenowana- zaczęła Malia idąc równo ze Scott'em i Stiles'em.
- Nadal nie rozumiem czemu- odpowiedział Scott otwierając jej drzwi.
- Derek jest moim wujkiem. ON NAWET NIE WIE, ŻE JESTEŚMY SPOKREWNIENI.
- Nadal nie rozumiem w czym problem...
- To chyba dobrze, że nie wie. Nie będzie chciał się tobą..opiekować- wtrącił się Stiles.
- Żartujesz, nie? Derek sprzed dwóch miesięcy miał mnie głęboko w poważaniu. Derek młodszy o jakieś.. 10 lat, interesowałby się?
Scott głęboko westchnął.
- Wiesz, ten Derek nie pamięta o tym, że jego rodzina zginęła w pożarze i, że zabił swoją "wielką miłość".
- C..Co?!- dobiegł ich głos Derek'a stojącego za nimi.
- Świetnie- mruknęli jednocześnie.
~*~
Martin zajęła drugą ławkę w środkowym rzędzie. Rozłożyła przybory do pisania na ławce obok podręcznika i notatnika. Założyła elegancko nogę na nogę i postukiwała co jakiś czas długimi, beżowymi paznokciami o ławkę.
- Jak ona to robi...
- Co jak co, ale trzeba jej przyznać, że zawsze wygląda świetnie...
- Wszystko tak świetnie ze sobą gra...
- Zawsze pod kolor
Dziewczyna uśmiechnęła się do grupki nastolatek podziwiających ją. To bardzo dodawało jej otuchy. Wiedziała, że jest wręcz idealna, ale usłyszeć takie słowa z ust kogoś innego, to miód dla uszu. Wypuściła cicho powietrze z ust, widocznie nudząc się. Nauczyciel się spóźniał. Wyjęła srebrnego iPhone 6 Plus z torebki i odczytała sms'a od mamy. Przewróciła oczami czytając setny raz wiadomość o tym, że jej matki nie będzie na noc w domu.
- Witam, przepraszam za spóźnienie. Wyłączcie proszę telefony- do klasy wparował nauczyciel, rzucając torbę na krzesło. Napisał niewyraźnie na tablicy swoje imię i nazwisko: Christian Dornan.
- Christian Dornan- powtórzyła zaintrygowana.
- Jakiś problem, młoda damo?- spytał uśmiechając się szeroko.

- Nie, skądże- odparła również uśmiechając się. Dornan chwilkę się jej przyglądał, po czym rozpoczął lekcję.
- Dziś porozmawiamy trochę o potworach w literaturze.
~*~
Stiles otworzył szeroko oczy.
- To tylko twój sen...
- Próbowałeś tego na mnie już cztery razy- burknął Derek.- O co chodzi?
Scott wymienił spojrzenie z Malią. Ta potarła zabawnie kciukiem czubek nosa zagryzając dolną wargę prawie do krwi.
- Przesłyszałeś się- powiedział niepewnie Scott mrużąc oczy w trakcie oczekiwania na reakcję Wilkołaka.
- Serce Ci szybciej bije- Derek poklepał go po ramieniu mijając go.- Nie mam czasu na wasze głupie zabawy- mruknął wchodząc na schody.- Hej, zostaw ją!- wrzasnął szybko biegnąc po schodach.
Przyjaciele wymienili się spojrzeniami i pobiegli za szatynem.
- O Boże- mruknęła Malia zatrzymując się gwałtownie na półpiętrze.
~*~~*~~*~~*~~*~~*~~*~~*~~*~~*~~*~~*~~*~~*~~*~~*~~*~~*~~*~~*~~*~~*~~*~~*~~*~~*~~*~~*~~*~~*~~*~~*~~*~~*~~*~~*~~*~~*~~*~~*~~*~~*~
Już trzeci dzień po omdleniu Lydii Scott dostał jedynkę. Może to miała na myśli, mówiąc, że to nie koniec? McCall faktycznie znowu opuścił się w nauce. Nie spał po nocach wypisując sms-y do Banshee z prośbami o wyjaśnienie. Kiedy zagroziła mu sądem, przestał ją męczyć.
A właśnie teraz zagłębiał się w najtrudniejsze zadanie matematyczne w całej jego karierze. Przegryzał ołówek i ze skupieniem spoglądał na treść tekstu.
- Stiles, skoro wzór na graniastosłup to a*b*c, to dlaczego tutaj mam coś o polu? -szepnął do przyjaciela, który bazgrał coś w zeszycie jak opętany.
- Bo jesteś na złej stronie, matole -prychnął tylko i wrócił do notatek, nawet na niego nie spoglądając.
- Ouch, to bolało -złapał się za serce udając przeszywający ból w klatce piersiowej -Czy jest coś ważniejszego niż twój przyjaciel? -spytał trochę głośniej i wychylił się w stronę zapisanej kartki.
Stilinski zgniótł ją natychmiastowo i włożył do buzi. Scott zmrużył oczy.
- Nic ważnego! -wybuchnął plując kartką wprost na chłopaka.
Scott z nadzwyczajną szybkością przechwycił kartkę i rozłożył ją na ławce. Pismo było pochyłe, ale bardzo dokładne.
118654, Allen Street
- Co to? To nie twoje pismo -zauważył McCall oddając przyjacielowi kartkę. Nie omieszkał zapisać sobie nieskreślonego adresu po wewnętrznej stronie dłoni.
- Douglas. Miał ten adres porozklejany wszędzie na ścianach w swoim pokoju. Nie wiem, co to ma znaczyć, ale się dowiem -z dumą oświadczył.
Scott już miał mu odpyskować, ale pan Bayard mu przeszkodził.
- McCall, Stilinski do zadań! Jeszcze raz zobaczę, któregoś z was rozmawiającego, to traficie do dyrektorki! -wycharczał swoim grubym głosem.
Stiles szybko kiwnął głową i wrócił do zadań, natomiast Scott jeszcze długo przyglądał się adresowi. To nie wskazywało na nic dobrego.
~*~
- I co? Może chce się wybrać na wycieczkę? -wzruszyła ramionami Malia.
Jej usta były lekko uchylone, ulatywały z nich strużki krwi. Stiles odwrócił wzrok.
- Skarbie, masz krew na ustach....-zauważył krztusząc się- Gdybyś tak....
Malia zaśmiała się cicho i chusteczką zebrała krew zwierzęcia z ust. Stiles znowu się do niej odwrócił.
- Douglas nie robi sobie wycieczek do takich miejsc -odsunął się od komputera tak, aby dziewczyna mogła ujrzeć obraz z tej ulicy. Ślepa uliczka. Stare budynki i opuszczony magazyn.
- Wiesz, gdybyś go spytał... -uśmiechnęła się uroczo siadając na jego łóżku.
- Nie ma mowy! Nie oszalałem! Zadzwonię do reszty. Musimy się dowiedzieć, o co tu chodzi.
- Żartujesz? -pisnęła Malia- Po tym, jak Derek został nastolatkiem? Teraz co? Zamieńmy go w bobasa! Świetny pomysł, Stiles!
- Nie mam zamiaru nigdzie wyjeżdżać i pytać Nowojorczyków o to miejsce. Chcę tylko zrobić mały research. Nic mu nie będzie, Derek jest duży duchem.
- Ja najchętniej bym nic z tym nie robiła. To twój brat, przecież jemu też nic nie będzie. I tak go nie cierpisz -ponownie wzruszyła ramionami odchylając głowę do tyłu.
- To nie znaczy, że mam zamiar dać mu się zabić. Dzwonię do Lydii.
- Świetnie. Może ona zabije ciebie.
~*~
- Zabiję cię! -pierwsze, co dało się od Lydii usłyszeć kiedy przekroczyła próg domu Stilinskich.
- A nie mówiłam! -Malia uniosła dłoń do góry nawet nie wstając z miejsca.
Banshee nerwowo chodziła po pokoju Stilesa, a jej obcasy robiły przy tym niesamowity hałas. Na szczęście tata Douglasa i Stilesa był na pierwszej zmianie. Kiedy tylko usłyszała całą historię zatrzymała się i napięła jak struna.
- Wiedziałam. Dzwońcie po wszystkich. To nie jest adres na wyprawy piesze.
- Po wszystkich? Możemy sobie odpuścić Dereka? -zaoferowała cicho Malia.
Lydia pokręciła stanowczo głową i skrzyżowała ręce na piersi.
- Okej, już dzwonię -Stiles jako pierwszy wybrał numer Kiry.
~*~
Kiedy wszyscy już zebrali się w salonie, Stiles wstał i jak prowadzący znanego telewizyjnego show uśmiechnął się delikatnie.
- Mamy dwie godziny, zanim Douglas wróci z treningu, więc chciałbym szybko wam to wyjaśnić.
Po sześciu minutach głośnej wymiany zdań między Scott'em, Malią, Lydią i Stiles'em, którzy byli już zapoznani z sytuacją, nastała cisza.
Kira ze skrzyżowanymi nogami bawiła się Kataną.
- To niebezpieczne- mruknął Derek wyrywając jej miecz.- Co więc robimy? Nie wiemy co tam na nas czeka.
- Cóż... poradziliście sobie ze mną jako Nogitsune, więc...
- Co?!- spytał Derek marszcząc czoło.- Jakie Nogitsune..?
- Och, to, to był tylko sen- odparła przez zaciśnięte zęby Lydia uderzając Stiles'a mocno w ramię.- Wiesz, jaką Stiles ma bujną wyobraźnię.
- Nie, nie wiem- stwierdził chłopak widocznie zastanawiając się nad czymś.
- Słuchaj, to przez to, że Stiles mało o sobie mówi- dodał Scott uderzając przyjaciela w drugie ramię.
- Ałć, a to za co?
- Za twój debilizm- mruknął.- Jeśli on się dowie, to już po nas...
- Dowiem się o czym?- spytał Derek stojąc tuż przed nimi.
~*~
Stiles z ogromną ostrożnością wpatrywał się w mokrą drogę. Musiał kierować w tak okropną pogodę. Krople deszczu były takich rozmiarów, jakby chciały kogoś zabić. Momentalnie zrobiło się ciemno. Mrok ogarnął już całe Beacon Hills. W samochodzie robiło się duszno. Siedziało w nim 6 osób, a zdenerwowanie Stiles'a jeszcze bardziej utrudniało im podróż. Chłopak był zdezorientowany. Miał wrażenie, że zatacza koła, że jeździ wciąż po tej samej drodze.
- Nadal nie wiem- zaczął Derek.
- Ćś!- uciszyła go Kira zapinając czarną, skórzaną kurtkę. Trzymała w mocnym uścisku Katanę. Czuła, że jej się przyda.
Uderzające o samochód krople deszczu sprawiały, że powoli i Scott wychodził z równowagi.
- Ile jeszcze?- wysyczał zaciskając pazury na tapicerce.
- Nie zniszcz... Echm, jeszcze chwilkę, chyba- szybko odparł Stiles widząc spojrzenie Prawdziwego Alphy. Przesiąknięte chęcią wydostania się z samochodu, w którym czuł się niczym kiszony ogórek w beczce.
- Czuję, że się zbliżamy- wyszeptała Lydia oddychając ciężko. Malia widząc, że przyjaciółka ma problem z oddychaniem, otworzyła okno. Do środka dostał się deszcz, zalewając Kirę i Derek'a niczym celowe oblanie się wiadrem z wodą.
- Malia!- wrzasnęli jednocześnie. Dziewczyna zamknęła pośpiesznie okno, a Kira wypluła wodę z ust. Spojrzała na nią wściekła.
- Przepraszam- wyszeptała brunetka.
- I stop- odparł Stiles zaciskając dłonie na kierownicy.
- Czemu nie jedziemy dalej?- spytał Scott.
Chłopak robił komiczne miny. Bał się przyznać.
- Zapomniałem zatankować..- wyszeptał, a w samochodzie rozległy się krzyki negujące go.- No co?! Każdemu się zdarza!
Lydia podniosła głowę z ramienia Derek'a.
- Nie mamy wyjścia. Musimy iść. To niecałe pięć minut drogi stąd. Jeśli nie zabłądzimy, oczywiście- dziewczyna zacisnęła usta, przy czym utworzyły się w jej policzkach urocze dołeczki.
Nikt się nie ruszał z miejsca. W samochodzie było ciepło i pod pewnym pozorem, bezpiecznie. Kira westchnęła i bez słowa wyszła z samochodu pozwalając, by w niecałą minutę, woda przejęła każdy skrawek jej drobnego ciała. Zacisnęła palce na mieczu i ruszyła asfaltem, rozchlapując wodę na brzegi. Zatrzymała się i obróciła na pięcie stojąc kilka metrów od samochodu. Przechyliła głowę na bok.
- Chodźcie!- krzyknęła niezadowolona. Dołączyli do niej Scott i Malia. Chwilę potem Lydia wraz z Derek'iem. Jedynie Stiles się wachał, lecz nie trwało to zbyt długo. Scott po prostu wyciągnął go ze środka.
- Spójrzcie- odezwała się Lydia wskazując na biały dom. Kira odruchowo wyjęła Katanę z pochwy na miecz i zaczęła się skradać niczym Lis. Wspięła się na płot i bez problemu zeskoczyła z niego. To samo zrobili pozostali. Malia wraz ze Scott'em przemienili się.
- Czekajcie!- szepnęła Lydia.- Wasze oczy są za jasne. Musicie być ludźmi.
Derek podbiegł pod pierwsze lepsze okno rozglądając się po wnętrzu domu. Było ciemno. Jakby nikogo nie było.
- Tak, w ogóle. Skąd wiecie, że to tu?- spytała Kira zatrzymując się. Reszta zrobiła to samo.
- Racja- odparł Stiles.
- Może po tym?- Malia wskazała tabliczkę z adresem.
- Fakt- dodał Stiles.
Kira spojrzała na niego znudzonym wzrokiem.
- Otwieram te drzwi- powiedział Scott zdecydowanym tonem.
- Nie tak prędko- odezwał się obcy głos, jak im się zdawało. Odwrócili się momentalnie, a Kira przygotowała się już do ataku.
- Douglas...- rzuciła Lydia nic nie rozumiejąc.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz